niedziela, 18 sierpnia 2019

Rozdział 6 " Pierwsza gwiazda”

Tymczasem piątka lwiątek bawiła się w najlepsze na ròwninach nie zaprzątając sobie głowy ostrzeżeniami ich matek. Trudno im się dziwić. Przecież to tylko dzieci, kto chciałby zrobić krzywdę niewinnym, małym kociakom?
 Ktoś napewno, dlatego za maluchami wysłano zwiadowcę aby miał oko na lwiątka, zwłaszcza na kròlewskie rodzeństwo. Niestety, jak to w dzisiejszych czasach bywa, owy zwiadowca, lew o imieniu Ray, nie był zbytnio zainteresowany co porabiają jego podopieczni.
-„Tylko nie odchodźcie za daleko!”-nakazał im zanim położył się wygodnie w nikłym cieniu powykręcanej akacji i poszedł spać.

Klasycznie.



-Hej, bawimy się w berka?-zaproponował Miyale szczerząc białe ząbki w dziecięcym uśmiechu.
-Ja to bym się posiłowała!- oznajmiła Shane i spojrzała na resztę przyjaciòł. Kira i Jamali nie wydawały się być zainteresowane przepychanką.
-A ja nie!-zaprotestował czarny kociak i wystawił siostrze język.
-Bo jak zwykle przegrasz!-zakpiła Shane, chcąc sprowokować brata.
 Udało się.
 Miyale zjeżył się i skończył na siostrę. Shane uskoczyła w bok, by po chwili obròcić się na pięcie i kopnąć brata w bok. Czarne lwiątko wpadło na Askariego i obydwoje runęli na ziemię.
-Ajć...Miyale, Shane przestańcie...-syknął brązowy samczyk i ostentacyjnie zaczął poprawiać niewielką grzywkę.
-To jej wina!-warknął czarny kociak, po czym okręcił się na pięcie i wskoczył na niewielką skałę, wystającą ponad suchą trawę sawanny. Stanął z dumnie wypiętą piersią i zmarszczył lekko brwi. Mina ta, zapewne miała wyrażać powagę i budzić szacunek.

Zapewne.

-Wyglądasz, jak pajac...-mruknęła pod nosem Jamali.
-Dokładnie...-zawtórowała jej Kira. Shane spojrzała na nie spode łba.
-Poczekaj...ta poza jest nie dość dumna, jak na przyszłego przywódcę Lwiej Gwardii!-zauważyła karmelowa lwiczka i w skupieniu zmarszczyła nosek.-Może...lewa łapa nieco do przodu...
-Prawa powieka lekko przymknięta!-podchwycił Askari z lekkim uśmiechem.
-Uszy połóż po sobie!-stwierdziła Kira, obchodząc kamień dookoła.
-Odrobinę odsłoń zęby!-podsunęła Shane, opierając przednie łapki o kamień, na którym stał jej brat.
-Ogon podkul lekko pod siebie!
-A, i zmarszcz odrobinkę lewą brew!
Miyale starał się, jak najdokładniej wypełniać polecenia przyjaciół, wyglądając przy tym coraz bardziej idiotycznie.
-Wyglądasz, jak pajac-skwitowała Jamali próbując powstrzymać chichot. Po chwili Shane, Askari i Kira również nie wytrzymali i parsknęli głośnym śmiechem. Miyale poczuł ukłucie smutku.
-Ej, to nie jest śmieszne!-zawarczał, zeskoczył z kamienia i podszedł do śmiejącej się Shane.
-Ależ jest, jest braciszku!-zachichotała lwiczka.-Wyglądałeś, jak troll, którego poproszono o zbudowanie szałasu!
To powiedziawszy karmelowa samiczka wykrzywiła się w komicznym grymasie, tak idiotycznym, że nawet Miyale nie mógł powstrzymać śmiechu.

***
Fenrir po spotkaniu z władcami pozostałych krain czuł się psychicznie wyczerpany. Nie był w stanie dłużej zajmować się tą sprawą, mimo, że nie dotyczyła go ona tak bezpośrednio, jak Kijaniego. Póki co władca Stada Jadeitu pozostał w swojej jaskini zbierając myśli i dreptając tam i z powrotem. Jego matka, Raisa, była u niego już kilka razy, ale jej syn nie chciał nikogo widzieć. Biały szaman znał swego króla na tyle, aby wiedzieć, że ten stan nie przejdzie szybko. Wszystkich ich przytłaczała obecna sytuacja.
Kiedy Fenrir dostał wiadomość od Najwyższego Szamana początkowo nie chciał uwierzyć w to wszystko. Wszystkim wydawało się , że pokonali Amira, zsyłając go spętanego najsolidniejszymi łańcuchami, do najsroższego więzienia w całym Lwim Królestwie.
Tymczasem dawny książę nawet zza krat swojej celi wzbudzał w ich sercach lęk.
Fenrisulf westchnął głęboko zeskakując ze swojej akacji i kierując w stronę wyjścia z ciernistego lasu. Musiał pozbierać myśli, uspokoić bijące szaleńczo serce. Kiedy tylko opuścił kolczasty gąszcz puścił się pędem po spękanej równinie w sobie tylko znanym kierunku.

Potrzebował czasu.

***
Kijani tymczasem, zgodnie z domysłami Fenrisulfa, odchodził od zmysłów w swojej jaskini. Wyrzucał stąd każdego kto chciał zakłócić jego spokój, nawet własną matkę. Stara lwica już kilkakrotnie u niego była, starając się go uspokoić i pocieszyć.
Niestety w obecnej sytuacji król nie widział niczego pozytywnego.
W końcu po kilku godzinach chodzenia tam i z powrotem zaryczał wściekle i pobiegł w kierunku kamienia, na którym szamani od lat malowali potomków królewskiego rodu. Wpadł do groty, jak oparzony i zaczął szukać odnogi, która odpowiadała jego dzieciom. Znalazł.
Trzy malunki.
Oczy zwęziły mi się z gniewu.
Trzy malunki.
Serce zadrżało mu z przerażenia.
Trzy malunki.
Jeden wyraźny, jeden wyblakły, jeden przekreślony.

***
Pewnie śmiech kociaków trwałaby w nieskończoność gdyby nie przerwał go głośny szmer w krzakach nieopodal. Lwiątka zamarły i spojrzały w stronę suchych, pożółkłych zarośli.
-Co to?-zapytała Shane i przekręciła głowę nadsłuchując odgłosów.
-Chyba mysz...albo góralek...-stwierdziła Jamali, węsząc przy ziemi. Po chwili przyparła brzuchem do podłoża i zaczęła skradać się powoli w kierunku źródła dźwięku. Wyglądała przy tym, jak prawdziwa łowczyni.
 Łapa za łapą. Krok za krokiem.
Krzaki za trzęsły się gwałtowniej.
Jamali wstrzymała lekko oddech. Wystawiła ostre, różowe pazurki i przygotowała się do skoku.
I w tym momencie zza zarośli wypadła niewielka mysz. Jamali skoczyła na zwierzątko i po kilku skokach przygniotła je łapami do ziemi. Niestety nie obliczyła dobrze odległości i mysz w ostatniej chwili wymknęła się jej i pognała przez wysoką trawę. Złota lwiczka rzuciła się za nią w pogoń.
-Jamali, czekaj!-krzyknął Askari i popędził za koleżanką.-Stój! Tam jest wąwóz!
Niestety, był zbyt daleko aby go usłyszała. Spokój i senną ciszę sawanny przerwał głośny krzyk.
A po chwili obrzydliwy trzask.
-Jamali! Nic ci nie jest?!-zawołała Kira.-Jamali, odpowiedz!
-To nie jest śmieszne!-zakrzyknął Askari , a gdy brakło odpowiedzi, królewskie rodzeństwo rzuciło się do krawędzi wąwozu.
Oczy Miyale rozszerzyły się z przerażenia kiedy ujrzał pod łapami najeżone ostrymi skałami podłoże rozpadliny i ciało Jamali, leżące nieruchomo w dole. Czarny samczyk poczuł, jak siostra przysuwa się do niego, drżąc na całym ciele.
-Ona...-zaczęła Shane.-Ona nie...
-Jamali? Nie wygłupiaj się, to naprawdę nie jest śmieszne!
-Miyale, ona się nie rusza...Ona się nie rusza!
-JAMALI!-Kira popędziła w kierunku stromego, najeżonego drobnymi kamyczkami zejścia do kanionu i zaczęła powoli schodzić na dół.-MIYALE, BIEGNIJ PO MAMĘ!
Lwiak poczuł kopniak adrenaliny i pobiegł po lwice. W uszach słyszał szum krwi, a żołądek ściskał się z przerażenia. Jego koleżanka leżała nieruchomo na dnie wąwozu.

I nigdy już miała z niego nie wstać.

***
„Niech gwiazdy mają ją w swojej opiece”-pomyślał Fenrir, unosząc głowę i wpatrując się w niebo. Niedługo tych gwiazd przybędzie.

A kiedy nadejdzie czas, będą potrzebowali ich bardziej niż kiedykolwiek.

***
Łuhuuu…
Jestem, jeszcze żyje!  Odrobinkę zamuliłam, ale już jestem,pisze kolejne posty i pracuje nad bohaterami ( Tym razem się wyrobię!). Naprawdę, poczekajcie jeszcze kilka dni, zakładka z bohaterami (mam nadzieję) pojawi się do końca przyszłego tygodnia. Wzięłam się w garść i zaczęłam pracować nad tym miejscem, żeby jakoś to popędzić do przodu.
Tak, więc cieszcie się, radujcie i znaków wypatrujcie!
Goldbox

wtorek, 13 listopada 2018

Rozdział 5 "Trudne decyzje"

Miyale, Askari , Jamali, Kira, Shane i inne lwice udali się na pola. Stacjonowały tu wędrowne stada gnu i innych antylop. Wszyscy ułożyli się pod rozłożystą akacją.
-Mamusiu? Możemy iść się pobawić?-zapytała Jamali i uśmiechnęła się przymilnie do swojej matki, Dante.
-No, nie wiem...ale nie oddalajcie się nadto, dobrze?-powiedziała lwica z troską i spojrzała wymownie na Askariego i Miyale.-Zgoda?
-Taak proszę pani!-odpowiedziały chórem lwiaki, a Askari rzucił Dante jeden ze swoich najpiękniejszych uśmiechów.
-Kira, Shane chodźcie!-wrzasnął Miyale i przyjaciele pobiegli nad niewielki wodopój. W biegu prześcigali się, łapali motyle i śmiali głośno. Wschodnie Polany to było piękne, chodź surowe miejsce. Królowały tu łąki pożółkłej, twardej trawy i agonalnie powykręcanych, karłowatych drzew. Mimo wszystko słynęły one z jednych z najpiękniejszych wschodów słońca, jakie dane były zobaczyć Afryce. Ciepły wiatr porywał pojedyncze liście z drzew i tańczył nimi wokół głów lwiaków. Królowa Diwali była razem z nimi ustrzegając ich przed niebezpieczeństwem.
Ale czasem nawet ona nie była w stanie zapobiec pewnym wypadkom.
A już na pewno nie w jej obowiązkach było ingerowanie w sprawy Kręgu Życia.
***
Tymczasem na akacji Fenrisulfa zebrali się tajemniczy goście, mający uczestniczyć absolutnie pilnej i tajnej rozmowie. Nad ich królestwami wisiały ciężkie chmury zwiastujące nieszczęście. Już od kilku tygodni okoliczni szamani wyczuwali wielkie pokłady złych mocy i obecność nie tylko Duchów Przodków.
Wyczuwali zagładę.
Rzeź.
Wyczuwali...krew.

-Spokój panowie!-zawołał Kijani, bezskutecznie od kilku minut usiłujący przebić się przez wrzawę podniesionych głosów i władczych ryków wśród zgromadzenia, a przybywało tu tylko trzy lwy. Królowie pozostałych ziem dyskutowali jednak w najlepsze przekrzykując się nawzajem.
-Spokój mówię!!!-ryknął Kijani i zmarszczył brwi. Władcy Złej Ziemi, Cmentarzyska Słoni oraz Lwiej Ziemi popatrzyli się na niego ze zirytowaniem.
-Kijani ma rację, szlachetni panowie.-potwierdził Fenrir.-Mamy ważniejsze sprawy do obgadania niż...
-Niż co?! Ten idiota powiedział, że bezpieczeństwo jego królestwa jest najważniejsze!
-Że, jak? Tobie się w głowie poprzewracało!
-Kilai, przestań!
-Zamknij się ty kretynie! W obliczu takiego zagrożenia też byś panikował!
-To nie panikuj, bo się twoja babcia w grobie przewraca!
-Przegiąłeś cymbale!
-SPOKÓJ!!!-wrzasnął Kijani i wskoczył pomiędzy kłócące się lwy.-Najważniejszym powodem naszego spotkania jest sprawa całego Lwiego Królestwa! Wszyscy są zagrożeni i wszyscy powinni przede wszystkim zachować zimną krew!
Zapanowała niezręczna cisza. Władcy po wybuchu Kijaniego lekko położyli uszy po sobie i rzucali tylko obrażone spojrzenia.
-Kijani ma rację...-przyznał muskularny, beżowy lew przyglądający się dotąd kłótni z boku. Jego mądre, fiołkowe oczy wbiły stanowczy wzrok w dwóch towarzyszy.-Kilai, Yeesin, nie ma o co się kłócić i nie ma na to teraz czasu. Wielcy Szamani od miesięcy przeczuwali zagrożenie, a my jesteśmy tu po to, aby dopiero dowiedzieć się JAKIE jest to niebezpieczeństwo.
-Dziękuję Jiwe.-powiedział Kijani.-Jak zapewne wiecie piętnaście lat temu stoczyliśmy krwawą, okrutną, lecz zwycięską wojnę z największym potworem naszych czasów. Po wielu miesiącach starań, poświęceń i walk pokonaliśmy wroga i jego armię i zesłaliśmy go do więzienia w  Północnym Norgacie...
-Kijani, do rzeczy! Tą historię znamy wszyscy, uczestniczyliśmy w tym przecież!-warknął Kilai, władca Cmentarzyska Słoni.
-Znowu zaczynasz?-wściekł się król Złej Ziemi, Yeesin. On i Kilai średni się dogadywali, toteż większość zebrań dotyczących podziału ziem, czy innych spraw załatwiane po kolei z każdym z osobna. Niestety obecna sytuacja wymagała szybkiego zebrania rady i sprawnego przeprowadzenia oceny sytuacji. A nie malowała się ona w kolorowych barwach.
-Nie, to ty sobie coś ubzdurałeś w tej pustej łepetynie!
-Kilai...-zamruczał basowo Jiwe, posyłając lwu zimne spojrzenie. Biały lew spojrzał na niego spode łba i zmrużył oczy.
-To znaczy, że on...-starał się kontynuować Fenrir.
-Co?!-warknęli jednocześnie Yeesin i Kilai.
-Ucieknie...wydostanie się z więzienia. I nie ma siły, która go powstrzyma...
-ŻE CO?! Żarty sobie stroisz!-ryknął Yeesin i wstał gwałtownie z miejsca. W trzech krokach pokonał odległość miedzy nim, a Fenrirem i wyszczerzył kły. Złapał go za skórę na piersi i przyciągnął do siebie. -Największe zło tego świata ma szansę na wydostanie się z więzienia, a ty nam to mó-...
-Yeesin!-warknął Kijani i odepchnął go od Fenrira. Gniewnym wzrokiem wodził po pyskach zebranych władców.-To nie jest jego wina! Tak, największe zło tego świata ma szansę się wydostać! Tak, nie ma sposobu, aby temu zapobiec! Tak, nie posiadamy w pełni zebranej, wyszkolonej armii, a na nasze wezwania odpowiedziałoby najwyżej kilkaset lwów! Tak, to za mało w porównaniu z kilku milionową armią demonów pod wodzą tego czegoś!
-Pod wodzą twojego syna!-zagrzmiał Jiwe. Potężna sylwetka lwa w dodatku z basowym pomrukiem dawała piorunujące wrażenie. Kijani spojrzał na niego w furii i zacisnął szczękę, tak mocno, że cały zbladł na pysku. Zielone oczy zapłonęły gniewem i przerażeniem.

Umawiali się przecież, że nikt o tym więcej nie wspomni.

-On nie...-zaczął Kijani, ale Jiwe mu przerwał.
-On jest twoim synem!-powiedział już spokojniej i spojrzał na przyjaciela z żalem.-Kijani...nie ma innej prawdy...potwór, morderca, sadysta, tyran, psychopata...to wszystko trafne określenia...ale jest on również twoim synem...
-Do czego zmierzasz?!-syknął Yeesin i zbliżył się nieznacznie. Kilai mruknął coś pod nosem i nadstawił uszu. Fiołkowooki lew westchnął ciężko. Kijani z kolei wyglądał jakby było mu niedobrze. Ostatkami godności jaka mu pozostała zatrzymywał łzy cisnące mu się do oczu.
-Jak wszyscy wiemy nie zdołalibyśmy zebrać na czas tylu żołnierzy, aby chociażby zapewnić namiastkę bezpieczeństwa swoim rodzinom. Nie mamy takiego zasięgu informacji, poza tym, część lwów mogła już przejść na stronę...Amira....
-Fakt, ostatnim razem poza tysiącami demonów i innego plugastwa zgromadził również zastępy popleczników!-przytaknął Kilai i nerwowo zamachał ogonem na wspomnienie o dawnej bitwie.-Jeśli uważasz, że nie mamy szans w walce to czy ty...
-Sugeruje, że Kijani jako ojciec potencjalnego zagrożenia może okazać się ostatnią deską ratunku.-stwierdził ostrożnie Jiwe i potrząsnął grzywą.-Kijani mógłby spróbować pertraktować...
-Bez sensu.-rzucił Yeesin.-To groźny szaleniec, z kimś takim nie da się rozmawiać! Pròbowaliśmy już. Dwadzieścia lat temu. Pròbowaliśmy go przekonać, prosiliśmy, groziliśmy...nic nie poskutkowało. Czemu teraz miało by być inaczej? A poza tym, co mamy na wymianę gdyby pertraktacje doszły do skutku? Swoją wdzięczność za nie wgniecenie naszych szanownych osób w ziemię?
-O tym nie pomyślałem.-przyznał Jiwe i podrapał się nerwowo po policzku.-To tylko sugestia.
Na akacji zapadła cisza. Kilai i Yeesin najwyraźniej kalkulowali w głowie opłacalność pertraktacji, a Kijani coraz mocniej zaciskał zęby z wściekłości i żalu. Fenrisulf stał obok swojego króla i obrzucał go współczującym spojrzeniem mlacznobiałych tęczówek. Zdawał sobie sprawę ile jego władcę kosztuje pozostanie w miejscu.
Zdecydowanie za dużo.
-Żadnych pertraktacji nie będzie!-warknął Kijani z gniewem w oczach.-Nie będę z nim rozmawiał ani ja, ani nikt inny. Zbierzemy tyle żołnierzy, ilu się da. Zwerbujemy lwy z Zachodu i Lasu Trenewlish. Będziemy walczyć o nasze ziemie!
-Kijani, jeśli on faktycznie się wydostanie, wściekły i żądny zemsty, to nie będzie o co walczyć!-powiedział Yeesin i zmarszczył brwi.-Już teraz jesteśmy praktycznie bez szans, a on nawet jeszcze nie kiwnął pazurem!
-Powiedziałem.-syknął brązowy lew i zszedł z akacji. Jiwe westchnął ciężko i popatrzył ze smutkiem w ślad za przyjacielem. Kijani był uparty. Rozżalony, zniechęcony i wściekły nie jest zdolny do podejmowania jakichkolwiek sensownych decyzji.
-Faktycznie. Jeśli Kijani z nim nie porozmawia nie będzie o co walczyć. Zniszczy wszystko co stanie na jego drodze do władzy.

I nie ma siły, ktòra to powstrzyma.
***
Dobra, zamuliłam nieco z tą historią, ale, ale...!
Już tłumaczę dlaczego!
Wierzcie lub nie, ale przez te pòł roku kiedy mnie nie było pracowałam ostro nad kreską i charakterem moich bohateròw, tak, aby nie wydawali się... płascy? Bez własnej osobowości, szare, robione na szybko twory, popychające tylko akcję do przodu....tak wyglądały wcześniej, a przynajmniej takie wydawały się w mojej głowie. Ponad to, chciałam WRESZCIE stworzyć zakładkę z bohaterami, czytaj: zastanowić się, jak ja właściwie do diaska chcę, aby wyglądały, dokończyć szkice, opisać ich w jakiś zgrabny sposòb.
Ehhhh...powiem tak
Część z tych rzeczy udało mi się zrobić, a inne jeszcze stoją w kolejce.
Zrobimy tak. Spròbuję wyrobić się że wszystkim do końca listopada, po drodze jeszcze wrzucając rozdziały i jeżeli wszystko pyknie to wròcę tu na stałe.
Kto się zgadza łapa w górę!
Tak czy inaczej pozdrawiam was ciepło
Trzymta się
Goldbox

poniedziałek, 20 listopada 2017

Rozdział 4 "Bo zło nigdy nie śpi"

Bo ja w ciebie wierzę.-słowa Askariego dudniły mu w głowie przez całą drogę do domu. Nie miał potem ochoty na zabawę, więc po prostu oddalił się po przywitaniu z koleżankami i zaproponowaniu zabawy w chowanego. Mało to eleganckie, ale skuteczne. Później wróciła Shane, ale również nie miał ochoty się z nią bawić. Musiał pomyśleć. Przełknąć pewne sprawy. Zastanowić się nad tym wszystkim.
-Skoro nie będę królem, a gwardzistą...to...potrzebuję gwardii...-szepnął sam do siebie, gdy niebo spowił mrok, a pierwsze gwiazdy zabłysnęły na ciemnogranatowym niebie. Siedział nad wodopojem i wpatrywał się w swoje odbicie, które lekko załamywało się pod wpływem delikatnych podmuchów wiatru.-A skoro potrzebuję gwar...
-To może powinieneś dowiedzieć się co nieco o swoich poprzednikach, hmm?-zawołał ktoś jakby z oddali. Miyale podskoczył i bezbłędnie ocenił skąd pochodzi głos. I do kogo należy. Fenrisulf.
-Jak? Opowiesz mi?-parsknął w odpowiedzi i podążył za głosem szamana.
-Nie.-uciął biały lew wychodząc z cienia, jaki rzucała na niego akacja.-Ale mogę ci pokazać...Chodź!
Czarny kociak poszedł za szamanem do jaskini, w której przed kilkoma miesiącami był jego ojciec, pytając o przyszłość swoich dzieci. Stanęli po skałą, zapełnioną rysunkami przodków rodziny królewskiej.
-To Hatari II Założyciel, pierwszy władca naszego królestwa.-szaman wskazał łapą na sylwetkę brązowego lwa z czarną grzywą i fioletowymi oczami.-I również pierwszy członek naszego stada. Przed Wielką Bitwą liczyło sobie ponad trzydziestu pięciu członków. Wtedy Lwia Ziemia, Zła Ziemia, Cmentarzysko Słoni, nasze królestwo i kilka pomniejszych ziem było jednym krajem rządzonym przez Radę Kidahala. A najważniejszymi  członkami tejże rady byli panowie poszczególnych lenn. Król był jeden i panował żelazną ręką. Tak, więc Hatari był tylko władcą lenna, a królem wszystkich tych ziem był Muhimu I Sprawiedliwy....
-Ale, jak ma to mi pomóc w sprawie gwardii...
-Nie przerywaj!-westchnął szaman.-Wiedza ogólna też jest ważna! A, więc...nasza ziemia miała w swojej historii trzy gwardie z trzech następujących po sobie pokoleń. Ten tutaj.-wskazał na kawowego lwa z o ton ciemniejszą grzywą.-To  Jeesin, pierwszy z nich. Władał gwardią tamtych czasów, a obdarzony był Rykiem Praojców. To potężna broń, której godny może być tylko prawdziwy przywódca. Do takiej gwardii może należeć tylko najsilniejszy, najszybszy, najodważniejszy, ten z najbystrzejszym okiem i oczywiście lider. Może się nim stać drugie dziecko władców...
-Czyli...czyli muszę wybrać sobie gwardię spośród stada?-zapytał  niepewnie Miyale.
-Niekoniecznie ze stada...-pokręcił głową Fenrir i wskazał na kolejny malunek.-Oto Hasira, pierwsza lwica władająca Rykiem i jednocześnie pierwsza lwica dowodząca gwardią. Żyła ponad sto lat temu, a pamięć o niej nie zanika, jako o samej Uhaini. A następny był Drenish.-tutaj skinął na ciemnobordowego lwa.-Miał wyjątkowo trudne zadanie, o tyle, że był również królem. Potem linia liderów urwała się...no, i od tego czasu nie było gwardii.
Fenrisulf pospiesznie zakończył swoją przemowę i odetchnął z ulgą.
-Czekaj...mówiłeś, że liderem może zostać drugi potomek pary królewskej...-powiedział z namysłem Miyale przesuwając wzrokiem po malowidłach, bowiem gwardziści mieli osobną gałąź na tym drzewie.-To znaczy, że musiałbym mieć starsze rodzeństwo...
-S-starsze? Nieee...znaczy...-zająknął się szaman i przygryzł wargę.-Król Kijani ma tylko ciebie i twoją sios...
-Kto to?-zapytał twardo książe wskazując na beżowego lwa o czarnej grzywie. Fenrisulf nerwowo odkaszlnął i spojrzał tam gdzie czarny. Momentalnie zbladł.
-Tak, właściwie to...to jest...-szaman nerwowo oblizał wargi.-Nikt ważny.
Widać skończył temat.
-A teraz idź spać...król będzie zły jeśli jutro będziesz się ruszał, jak nosorożec.
Młody lwiak pokiwał głową i odszedł do jaskini bijąc się ze swoimi myślami.

***

-Miyale! Rusz się! Chodź! Dalej!-krzyki Shane było słychać na drugim krańcu globu. Czarny niechętnie otworzył jedno oko, a potem drugie.
-No, chodź! Muszę ci coś pokazać!-siostra zaczęła go ciągnąć za ucho.
-No, ale dlaczego teraaaz?-jęknął książę i przeciągnął się.
-Jeszcze nie wstał?-tym razem jakiś inny głos przerwał wrzaski karmelowej.
-Wstaję! No, kurcze nie widać?-warknął młody samiec i powlókł się za Shane. Siostra wypchnęła go z jaskini. Na zewnątrz czekał już Kijani z uśmiechem na pysku. Czarna grzywa tańczyła w podmuchach wiatru.
-O co chodzi?-zapytał Miyale ze zmęczeniem.
-Zdecydowałem, że razem z Tigarą, Mirą i Livanny pójdziecie na Wschodnie Polany. Będzie tam również Askari i wasze koleżanki.-oznajmił król uśmiechając się blado. Koło niego stanął Fenrisulf.-Przyda nam się z Fenrirem spokój i cisza.
Powiedziawszy to mrugnął konspiracyjnie do Shane.
-A dlaczego? Co będziecie robić?-wykrzyknęła lwiczka. Król uśmiechnął się z goryczą.
-Rozgrzebywać stare sprawy...
***
No i jak tam, kochani w roku szkolnym?
Bardzo nauka daje w kość? Mam nadzieję, że nie, a nadzieja zawsze umiera ostatnia więc...nie, dobra to nie miało sensu.
Rozdział lekko nudny, jak każdy przed nim, ale obiecuje (po raz tysięczny), że za max dwa posty poznamy już nastoletnią wersję Miyale, jego pierwsza miłość i jedną z najokrutniejszych tajemnic królestwa. *zaciera ręce z diabelskim błyskiem w oczach*. A teraz ludzie, święci, aniołowie ja idę się uczyć chemii. Manganian (VII) potasu i takie tam.
Pozdrawiam i życzę dużo piątek i szóstek!
Goldbox

niedziela, 15 października 2017

Rozdział 3 "Ciernie"

Słońce na terenach Stada Jadeitu oświetliło łagodnie skałę pośrodku cierni, nazywaną Skałą Królów. Ciepłe, złotawe promienie wdzierały się do środka jaskiń i rozświetlały refleksami na akacji szamana, co oznaczało dla Fenrisulfa pobudkę. Biały lew wstał powoli i przeciągnął się w strugach słonecznego ciepła. Wspiął się z części, która służyła mu za legowisko, na gałąź, z której widoczne było calutkie królestwo, łącznie z tymi terenami, które znajdowały się poza cierniową plątaniną.
-Ahh...Uhaini, Uhaini, czymże nas zaskoczysz i tego dnia?-wyszeptał i pozwolił, by jasne światło padło na jego pysk. Słońce wychylające się zza horyzontu, jakby chciało mu udzielić odpowiedzi, błyskając w pobliskim wodopoju. Fenrisulf zszedł z drzewa i skierował się do tego właśnie miejsca, chcąc ugasić pragnienie. Ledwie schylił się, by wziąć łyk wody, a coś z impetem wpadło w jego bok, po czym, jak piłeczka odskoczyło i wpadło do wody.
-Shaneee! Jak ja cię zaraz...!-jeden głośny, pełen oburzenia krzyk wystarczył, aby rozpoznać w ów obiekcie księcia Miyale.-P-przepraszam pana...
-Nic nie szkodzi!-uśmiechnął się szaman i zaczął pić. Miyale przyglądał mu się z zainteresowaniem, przekrzywiając łebek w bok. Zaraz do czarnego kociaka podbiegła jego siostra i pacnęła go przyjacielsko w ramię.
-Mi, coś ty taki nie w sosie, gramy!-zawołała i rzuciła się na brata. Miyale po chwili głośnej szarpaniny został powalony na ziemię, a potem wrzucony do wodopoju.
-Hej, to się nie liczy! Oszukiwałaś!-krzyknął oskarżycielsko lwiak i chlapnął wodą wprost w Shane.
-Osz ty!-zaśmiała się lwiczka i wskoczyła na brata, który w ostatniej chwili się przesunął, tak, że karmelowa leżała teraz w wodzie obok brata. Po chwili wynurzyła się i zaczęła się tak zwana bitwa "Morskiego potwora z dzielnym marynarzem". Obaj przeciwnicy stali naprzeciw siebie i ten, który pierwszy powali przeciwnika do wody jest marynarzem, a przegrany ohydnym potworem z głębin.
-Zaraz cię zjem!-krzyknął bojowo Miyale, który, jak zwykle był potworem.
-Chyba śnisz! Nie pokonasz mnie, nigdy przenigdy!-odpowiedziała Shane i pchnęła brata do wody. Ten w odwecie nabrał trochę mułu i rzucił tym pociskiem w karmelowy obiekt zagłady. Przerażający pisk świadczył o trafieniu prosto w cel.
-Ejjjj, to nie fair! Użyłeś armaty!-oburzyła się Shane i rzuciła się na czarnego.
-Wszystkie chwyty dozwolone!
-No, nie wydaje mi się!-zawołał z brzegu król Kijani. Fenrisulf pokłonił się głęboko i odszedł w stronę akacji.-Miyale, Shane! Wyłazić mi z tamtąd!
-Ale...ale tato! Przerwałeś bitwę morską!-wykrzyknęły kocięta z kwaśnymi minami.
-Uwaga, bo potwór z jaskini królewskiej, Kijani, zaraz zatopi wasz okręt jeśli szanowna załoga nie wyjdzie na brzeg!-uśmiechnął się Kijani i chlapnął delikatnie łapą w stronę lwiaków.
-No dobra!-oboje wyszli z wody i otrzepali się z błota.
-Zatem, Miyale, idź się bawić, a Shane pójdzie ze mną...-zaczął Kijani, jednak nie dane mu było skończyć.
-Taaaaaaato! Ja też chcę iść z wami!-zawołał czarny i połasił się do łap ojca.-Mogę?
W innej sytuacji król zapewne by się zgodził, ale zbyt żywe jeszcze były w nim wspomnienia sprzed kilku lat. Ten młody kociak tak bardzo przypominał mu Diwali. Jego oczy miały taki sam rubinowy blask, jak ona, tyle że głębszy i ciemniejszy. Rysy pyska też odziedziczył po niej.
-Ale ona nie żyje...-jakiś złośliwy głosik w jego głowie uznał za stosowne rozpocząć proces doprowadzania króla do szewskiej pasji.
-Dzięki, że mi o tym przypomniałeś...!-odciął się Kijani w myślach.
-Tato?-lew potrząsnął łbem i spojrzał w te oczy. Ten czarny, mały futrzak nigdy nie powinien nawet usłyszeć o władzy. Nie po tym wszystkim.
-Nie-powiedział stanowczo Kijani.
-Ale dlaczego?-zdziwił się Miyale i przekręcił główkę w uprzejmym zaskoczeniu.
-Nie-odparł król.-Nie,bo nie chcę patrzeć w te same oczy...-dokończył w myślach.
-Bo...?
-Bo to nudne...-skłamał gładko Kijani- Nie będzie to interesowało przyszłego gwardzisty...
-Będę gwardzistą?!-wykrzyknął wniebowzięty Miyale i stanął na równe łapki.-Będę walczył ze złoczyńcami? I...i będę kimś ważnym? Wiedziałem!
-Co ja do cholery jasnej powiedziałem!-skarcił się król i spojrzał na rozemocjonowanego syna, który zdążył wszcząć przyjacielską walkę z siostrą.-Chociaż...może to właśnie dobrze?
-Taaak...właśnie...-stwierdził król z zestresowanym uśmiechem, chociaż w duszy robił typowego facepalma.-To my z Shane już pójdziemy, a ty...może odwiedzisz Fenrira? I pobawisz się z Askarim? Przecież się lubicie...
-Tak-potwierdził czarny i pobiegł z uśmiechem do jednej z jaskiń.
Zupełnie, jak matka...

                                                                            ***
Miyale wszedł powoli do obszernej jaskini w południowej części kręgu. Mieszkały tu trzy lwice, Shetani, Tigara i Mira. No i oczywiście jego przyjaciel, Askari.
-Dzień dobry pani!-uśmiechnął się czarny do Tigary-Szukam Askariego...jest tu gdzieś?
-Miyale! Dobrze, że jesteś, bo ten młody szczeniak już mnie powoli denerwuje. Jest, jest, tam pod ścianą! Możecie iść do lasku wschodniego, są tam Kira i Jamali, pobawicie się razem!-ucieszyła się ruda lwica i popchnęła go zachęcająco w stronę swojego syna.
-Askaaari!-wykrzyknął lwiak i podbiegł do beżowego lwiątka.
-Miyale!-uśmiechnął się złotooki samiec i oboje zaczęli się siłować na przywitanie. Po chwili Miyale leżał powalony na łopatki przez brązowego kumpla.
-Dałem ci wygrać!-sarknął czarny i mało elegancko zepchnął Askariego z siebie.
-Jaaasne!-zaśmiał się złotooki i pomógł mu wstać.-Chodź do dziewczyn, są w lasku wschodnim!
Oba lwiątka zgodnie wybiegły z jaskini na wschód ciernistej ściany roślin. Po drodze śmiali się i rozmawiali o tym, który z nich złapał większą mysz.
-Ej, Mi, ja złapałem taaaką wielką, mówię ci!-pochwalił się Askari, rozkładając łapki i pokazując rzekomy rozmiar gryzonia.
Taak? Serio?-czarny aż rozdziawił pyszczek w zdziwieniu.
-Tak! Mama mi powiedziała, że kiedyś będę polował, tak dobrze, jak ona!-brązowy wypiął z dumą pierś.-A moja mama nie ma sobie równych!
-Rzeczywiście...kiedyś przyniosła taką antylopę gnu, że jedliśmy ją prawie trzy dni!-potwierdził Miyale i uśmiechnął się do kolegi.-A tatuś mi powiedział, nie uwierzysz! Że kiedyś, jak dorosnę i będę duży i silny, to zostanę lwim gwardzistą!
-No, nie żartuj!-oczy Askariego zrobiły się duże i okrągłe, jak pięciozłotówki.
-Naprawdę! I...
-I to będzie największa klapa w historii!-czyiś szyderczy głos przerwał księciu w połowie zdania. Zza krzaków wyłoniły się dwa dobrze zbudowane lewki. Jeden miał brązowe futro i czarną grzywę, która porastała mu już prawię połowę szyi. Drugi był trochę młodszy.
-Jeri, patrz no! Nasza królewska pokraka zostanie gwardzistą!-ryknął śmiechem starszy.
-Taaak! Jasne, już widzę, jak pokonuje w heroicznej walce muchę!-parsknął młodszy.
-Po prostu mu zazdrościcie, kołki!-Askari starał się bronić przyjaciela.
-A ty co? Adwokat Miyale?-warknął ze złością Jeri.
-A ty nie lepszy!-wypalił Askari.
-Dobra, stary, chodź nim nas pobiją!-zaśmiał się starszy i poszli w swoją stronę. Do oczu Miyale napłynęły łzy.
-A co jeśli mają rację? Jeśli nie d-dam s-so-obie rady?-zapytał Miyale. Askari zrobił poważną minę i chwycił jego pyszczek w łapki.
-Dasz radę. A wiesz dlaczego?-zapytał Askari.-Bo JA w ciebie wierzę!
***
No, cześć moje ziemniaki!
Jak tam, podobało się? Bo mi to raczej średnio. Nic się nie dzieje, no, ale cóż, od czasu do czasu trzeba takie nudziarstwo napisać, bo kilka godzin fizyki w szkole to za mało nudzenia!
Bardzo was przepraszam, ale trochę nie zgrywa mi się blogowanie z nauką, zajęciami itd. Typowe problemy roku szkolnego.
Mam nadzieję, że u was lepiej.
Podrawiam i życzę wesołych męczarni w nauce!
Goldbox

sobota, 26 sierpnia 2017

Rozdział 2 "Krew...zapłacą krwią!"

Siedział tu.
Od lat.
Zapomniany.
Niekochany.
Wygnany i potępiony za swe zbrodnie.
A jednak żył. Żył ze świadomością, że kiedyś oni wszyscy zapłacą. Że ci, którzy śmiali mu się w twarz, oni wszyscy poznają smak porażki i rozpaczy, strachu i gniewu, gdy on, wielki następca tronu Lwiego Królestwa powróci. Oni wszyscy oddadzą mu pokłon, będą drżeli pod jego potęgą i w strachu czcić go, za wielkie czyny. Przez niewielką szczelinę w kratach jego celi wpadł zdradziecki promień światła księżyca oświetlając jego więzienie czerwonym blaskiem. Oraz ukazując jego potworne oblicze. Krwiste światło padło bezwstydnie na jego kruczoczarną, wystrzępioną grzywę i bladobeżowe futro. Ostre, czarne pazury w bladym świetle zabłysnęły tak srogo, że wydawało się, że księżyc przerażony cofnie swe promienie i schowa się za granatowymi chmurami, jakby w obawie przed przerażającym widokiem skazańca. Ale najgorsze były oczy. Jasnozielone, przepełnione czystą chęcią mordu, z rozszerzonymi szaleńczo źrenicami. Kryła się w nich wściekłość, niezmiennie od dwudziestu lat. Od tylu również lat jego myśli nieustannie krążyły wokół zemsty. Jednak jakże puste złorzeczenia mogły zastąpić mu ten słodki smak rozkosznie ciepłej krwi, spływającej po wargach, jej szkarłat odbijający się w głębi jego oczu, które w szaleńczej ekscytacji błyszczały w mroku nocy? Co mogło mu dać marzenie o zemście, choćby przepełnione realizmem, kiedy wciąż siedział zamknięty w tej celi, skazany na wieczne potępienie, a jego wrogowie śmiali się z jego porażki i drwili z niego, za jego plecami? Mogło mu w zamian oferować tylko marną tęsknotę i rozżalenie. Jak mogło do tego dojść? Jak coś mogło pójść nie tak, jak powinno? Ale to nie ważne, nie ważne. Ważna jest przyszłość. Jedyne co mu pozostało to czekać. Patrzeć na przemijające dni, słuchać kłótni pijanych strażników i rozmyślać o tym , jak bardzo chciałby znowu poczuć na swoim ciele rozkoszne objęcia jego nieustannej partnerki, jego miłości, jego...obsesji. Śmierci. Jakże ciemność mogła mu zastąpić te piękne krzyki bólu i cierpienia, te zamarłe w niemym przerażeniu oczy, tą krew, która spływała stróżkami po jego poszarpanej grzywie i to cudowne uczucie. Uczucie władzy nad każdym istnieniem, uczucie władzy nad...życiem i śmiercią. Teraz pozostało tyko czekać. Taaak, tylko zaczekać. Wmawiał to sobie od kilkunastu lat. A potem zabłyśnie na Skale Królów w świetle wiecznej chwały, a oni wszyscy zobaczą. Tylko czekać. Nagle w jego oczach rozbłysły łzy. Jedna po drugiej skapywały na skalistą, twardą ziemię. Uśmiechnął się w przypływie chorej euforii i ni stąd ni z owąd zaniósł się szaleńczym śmiechem. Jego wybuch radości słychać było we wszystkich korytarzach tego przeklętego więzienia. A łzy dalej spływały mu po policzkach.
Kap.
Kap.
Kap.
Musiał podeprzeć się ściany, aby nie upaść i nie zacząć tarzać się ze śmiechu po podłodze.
Ale, jak, na komendę jego śmiech umilkł, by zastąpił go gniewny grymas, a łzy w oczach z łez radości stały się łzami czystej rozpaczy.
Zwariował.
Po tylu latach.
Zwariował.
Nigdy stąd nie wyjdzie. Popatrzył na księżyc, widoczny przez jedną, jedyną, wąską szparę i wykrzywił wargi w obrzydliwym uśmiechu. Jak, nie dziś, to jutro.
Oni wszyscy popamiętają. Ci, którzy śmiali mu się w twarz. Poznają potęgę śmierci i jej jedynego pana. Oni wszyscy...Ci zdrajcy i kłamcy. A on będzie na to patrzył z uśmiechem na ustach. Będzie powoli i bezlitośnie poddawał torturom, a na końcu podrzynał gardła.
Oni wszyscy zapłacą.

Zapłacą krwią.

niedziela, 30 lipca 2017

Rozdział 1 "Uwolni potwora"

Na wschód od Lwiej Ziemi, za żarzącą się w słońcu pustynią i  bielejącym kościami Cmentarzyskiem Słoni, znajduje się królestwo.

Tereny Stada Jadeitu.

 Od pokoleń władali nim dostojni, szlachetni władcy. Władza przechodziła z pokolenia na pokolenie, z ojca na syna, z matki na córkę. Odwieczny Krąg Życia płynął spokojnie swoim tempem. Stado Jadeitu składało się z pięknych, w większości jasnofutrych  lwic, które zamieszkiwały mały, ciernisty lasek królestwa. Owym lasem była plątanina cierni, czarnych, kolczastych roślin. Pośród tego gąszczu znajdowały się niewielkie jaskinie, które tworzyły krąg.

 Może nieco krzywy i z dziurami, ale zawsze coś.

Pośrodku koła znajdowało się podwyższenie,  a przy samej linii wysokich, kolczastych krzewów potężne drzewo akacji, siedziba tamtejszego szamana. I mimo, że miejsce to wydawałoby się dzikie i zapuszczone, to tętniło życiem. Matki z lwiątkami odpoczywały w wejściach do jaskiń, wygrzewając się w promieniach słońca, a młode kociaki chodziły słuchać starych legend i bajań szamana, który zawsze miał coś ciekawego do opowiadania.

 Ale ten dzień był szczególny, wyjątkowy, bowiem królowa Stada Jadeitu wydawała właśnie na świat potomka. Długo wyczekiwanego następcę tronu, godnego by w przyszłości przewodzić stadem.

Obecny, wieloletni przywódca stada,  lew o imieniu Kijani, wędrował teraz w te i wewte,  krążąc pod królewską jaskinią, nie mogąc znaleźć sobie miejsca.
-Synu...na pewno wszystko będzie dobrze...-do beżowego lwa podeszła jego matka, Raisa, i posłała mu przyjazny uśmiech. Ostre rysy jej pyska złagodniały, gdy dojrzała zatroskany wzrok króla.
-Matko...a jeśli coś jest nie tak?-wyraził swe obawy czarnogrzywy lew i popatrzył smutno na matkę swoimi ciemnoniebieskimi oczami.
-Z roku na rok coraz bardziej przypomina ojca...-pomyślała Raisa i po chwili wahania poczochrała syna po grzywie.
-Maaamo!-lwica zaśmiała się mimowolnie, patrząc na oburzoną minę syna i jego potarganą czuprynę. Na jej pyszczku pojawił się szeroki uśmiech.
-Wszystko będzie dobrze...-powtórzyła i przytuliła Kijaniego do siebie. On bez protestów, prawie zemdlały ze stresu dał się porwać ciepłym, matczynym objęciom. Trwali tak przez dobrą chwilę, przytuleni, a Raisie mimowolnie łzy zaczęły ciec z oczu, ponieważ uświadomiła sobie, jak bardzo brakuje jej męża.
Kijani widząc co się dzieje, aby dodać matce otuchy, polizał ją po pyszczku, zlizując ciepłe łzy. Raisa zanurzyła palce w jego rozczochranej grzywie i przycisnęła swoje czoło do czoła syna. Był taki podobny do jej kochanego Dahali. Z charakteru niepodobny, mimo, iż z wyglądu identyczny.

-Panie!-ryk szamana słychać było na samych krańcach królestwa. Był to biały, lew z białą także grzywą i masą malunków i tatuaży na ciele. Jego złote, mętne oczy błyszczały z emocji.
-Co? Co z Diwali? Co z moim dzieckiem?-krzyknął Kijani, wyrywając się z matczynych objęć i podbiegając do białego lwa i domagając się wyjaśnień.
-Ona...-zaczął Fenrisulf i delikatnie przygryzł wargę. Popatrzył ze smutkiem na Kijaniego, który zrobił się blady, jak papier i popędził do groty.

To, co ujrzał, sprawiło, że miał ochotę odebrać sobie życie.

Leżała tam.
Cała we krwi.
Jego ukochana partnerka. Diwali. Rozciągnięta bez życia na kamiennej posadzce. Król podbiegł do  ciała i popatrzył smutno w jej niegdyś piękne, rubinowe oczy, teraz świecące pustką.
-Tak mi przykro synu...-powidziała Raisa i niepewnie podeszła do lwa.-Ale...masz potomka...
-Co mi po potomku, jeżeli ona go nigdy nie zobaczy?-warknął lew, wściekle ocierając łzy.-Co mi po kociakach, których razem nie wychowamy?
-Dość!-powiedziała stanowczo lwica.-Masz syna i córkę, którzy cię potrzebuja! A ona zawsze z nami będzie. Zawsze.
Król popatrzył smutno na matkę i skinął głową na Fenrisulfa każąc przynieść kociaki. Nie umknęło niczyjej uwadze, że biały lew lekko się zawahał. Tylko przez krótki moment.
-Pokaż mi moje dzieci...-sarknął Kijani i podążył za szamanem. W pierwszej kolejności król obejrzał córkę. Miała karmelowe futro, różowy, złoziemczy nos i czarne oczka. Identyczna, jak matka. Tylko oczy miała inne. Kiedy beżowy lew wreszcie ujrzał syna, jego oczy rozszerzyły się ze zgrozy, a przez ciało przeszedł niekontrolowany dreszcz.
Kociak był czarny.
Cały czarny, jak smoła.
Oczy miał po matce. Ten sam, krwistoczerwony blaski. A futerko miał czarne.
-Fenrisulf, czemu on jest ciemny?-wycedził król, a po jego policzkach spłynęły łzy.-Po kim on ma tą sierść?
Szaman cofnął się lekko, jakby obawiał się ciosu. Przełknął ślinę.
-On...nikt nie miał czarnej sierści, panie. Ani z twojej szlachetnej rodziny, ani królowej Diwali...
-To nie jest moje dziecko...-warknął Kijani, a jego głos stracił wszystko z ojcowskich uczuć.
-To nie tak...
-Tak! Nikt nie miał takiego futra!-ryknął Kijani.
-Synu!-warknęła Raisa, mrużąc groźnie oczy.-Jaka jest ich przyszłość? Jakie mają nosić imiona?
-Przodkowie nadali mu imię Miyale, a lwicy Shane...-westchnął szaman.-Przyszłość ich jest burzliwa.
-Jaka konkretnie?-zapytał król. Fenrisulf dał znak gestem by weszli z nim do zagajnika. Ciernie idealnie zasłaniały tu światło, powodując, że niewielka sadzawka z prawej strony świeciła niebieskim blaskiem, który odbijał się refleksami  na grubych gałęziach roślin. Centralnie na środku była skała, a na niej malunki królów z przeszłości. Wszyscy usiedli w kręgu, a oczy szmana zrobiły się mlecznobiałe.
-Dostojna królowa, w świetle chwały Uhaini,
dokona wyroku, pamiętana, gdy jej czas minie.
Lecz gdy gwiazdy rozbłysną Konstelacją Uranu Ciemnego,
Musi zabić jedynego przyjaciela, ciemną duszą opętanego.
Po grzbiecie Kijaniego przeszedł niekontrolowany dreszcz, ale nie dał po sobie poznać, że coś jest nie tak, jak być powinno. Doskonale wiedział, że robi dobrą minę do złej gry.
-Dobrze więc...a syn...co z nim?-spytał po chwili i wpatrzył się uważnie w mlecznobiałe oczy Fenrisulfa, jakby chcąc odgadnąć z nich, co za chwilę powie. Jednak nie zobaczył w nich nic.
-Niedobrze osądzony, niesprawiedliwie wygnany
Morderca, więzienia nie zamkną go ściany.
Gdy kreatura z rodzona z mroku, nocy, topora, da znak,
Lew z czeluści piekła uwolni...potwora.
Słowa Fenrisulfa były tym straszniejsze, ponieważ mówiąc to namalował postać czarnego lwa z krwistymi oczami, obok zamazanego rysunku beżowego lwa, z czarną grzywą i jasnozielonymi oczami.
Z czeluści piekła...
Uwolni...
Potwora...
Szaleńca.
***
Siemano, wszystkim, którzy tu zalukali!
Więc, tak...rozpoczynamy nową erę. Akcja dzieje się równolegle do panowania na Lwiej Ziemi dziadka Mohatu, Jiwe. Możliwe, że kiedyś Miyale tam zawędruje, kto wie?

Miyale- w tłumaczeniu na polski znaczy moja jasna gwiazdo
Shane- znaczy mniej więcej co przyszłość, bądź wybrana

Konstelacja Czarnego Uranu- układ gwiazd, w którym trzy najjaśniejsze gwiazdy Zachodu, Ehwaz, Mirne i Hilai układają się w podobną trasę do układu Trzech Króli.
No, na razie to tyle...

Pozdrawiam~Goldbox