Na wschód od Lwiej Ziemi, za żarzącą się w słońcu pustynią i bielejącym kościami Cmentarzyskiem Słoni, znajduje się królestwo.
Tereny Stada Jadeitu.
Od pokoleń władali nim dostojni, szlachetni władcy. Władza przechodziła z pokolenia na pokolenie, z ojca na syna, z matki na córkę. Odwieczny Krąg Życia płynął spokojnie swoim tempem. Stado Jadeitu składało się z pięknych, w większości jasnofutrych lwic, które zamieszkiwały mały, ciernisty lasek królestwa. Owym lasem była plątanina cierni, czarnych, kolczastych roślin. Pośród tego gąszczu znajdowały się niewielkie jaskinie, które tworzyły krąg.
Może nieco krzywy i z dziurami, ale zawsze coś.
Pośrodku koła znajdowało się podwyższenie, a przy samej linii wysokich, kolczastych krzewów potężne drzewo akacji, siedziba tamtejszego szamana. I mimo, że miejsce to wydawałoby się dzikie i zapuszczone, to tętniło życiem. Matki z lwiątkami odpoczywały w wejściach do jaskiń, wygrzewając się w promieniach słońca, a młode kociaki chodziły słuchać starych legend i bajań szamana, który zawsze miał coś ciekawego do opowiadania.
Ale ten dzień był szczególny, wyjątkowy, bowiem królowa Stada Jadeitu wydawała właśnie na świat potomka. Długo wyczekiwanego następcę tronu, godnego by w przyszłości przewodzić stadem.
Obecny, wieloletni przywódca stada, lew o imieniu Kijani, wędrował teraz w te i wewte, krążąc pod królewską jaskinią, nie mogąc znaleźć sobie miejsca.
-Synu...na pewno wszystko będzie dobrze...-do beżowego lwa podeszła jego matka, Raisa, i posłała mu przyjazny uśmiech. Ostre rysy jej pyska złagodniały, gdy dojrzała zatroskany wzrok króla.
-Matko...a jeśli coś jest nie tak?-wyraził swe obawy czarnogrzywy lew i popatrzył smutno na matkę swoimi ciemnoniebieskimi oczami.
-Z roku na rok coraz bardziej przypomina ojca...-pomyślała Raisa i po chwili wahania poczochrała syna po grzywie.
-Maaamo!-lwica zaśmiała się mimowolnie, patrząc na oburzoną minę syna i jego potarganą czuprynę. Na jej pyszczku pojawił się szeroki uśmiech.
-Wszystko będzie dobrze...-powtórzyła i przytuliła Kijaniego do siebie. On bez protestów, prawie zemdlały ze stresu dał się porwać ciepłym, matczynym objęciom. Trwali tak przez dobrą chwilę, przytuleni, a Raisie mimowolnie łzy zaczęły ciec z oczu, ponieważ uświadomiła sobie, jak bardzo brakuje jej męża.
Kijani widząc co się dzieje, aby dodać matce otuchy, polizał ją po pyszczku, zlizując ciepłe łzy. Raisa zanurzyła palce w jego rozczochranej grzywie i przycisnęła swoje czoło do czoła syna. Był taki podobny do jej kochanego Dahali. Z charakteru niepodobny, mimo, iż z wyglądu identyczny.
-Panie!-ryk szamana słychać było na samych krańcach królestwa. Był to biały, lew z białą także grzywą i masą malunków i tatuaży na ciele. Jego złote, mętne oczy błyszczały z emocji.
-Co? Co z Diwali? Co z moim dzieckiem?-krzyknął Kijani, wyrywając się z matczynych objęć i podbiegając do białego lwa i domagając się wyjaśnień.
-Ona...-zaczął Fenrisulf i delikatnie przygryzł wargę. Popatrzył ze smutkiem na Kijaniego, który zrobił się blady, jak papier i popędził do groty.
To, co ujrzał, sprawiło, że miał ochotę odebrać sobie życie.
Leżała tam.
Cała we krwi.
Jego ukochana partnerka. Diwali. Rozciągnięta bez życia na kamiennej posadzce. Król podbiegł do ciała i popatrzył smutno w jej niegdyś piękne, rubinowe oczy, teraz świecące pustką.
-Tak mi przykro synu...-powidziała Raisa i niepewnie podeszła do lwa.-Ale...masz potomka...
-Co mi po potomku, jeżeli ona go nigdy nie zobaczy?-warknął lew, wściekle ocierając łzy.-Co mi po kociakach, których razem nie wychowamy?
-Dość!-powiedziała stanowczo lwica.-Masz syna i córkę, którzy cię potrzebuja! A ona zawsze z nami będzie. Zawsze.
Król popatrzył smutno na matkę i skinął głową na Fenrisulfa każąc przynieść kociaki. Nie umknęło niczyjej uwadze, że biały lew lekko się zawahał. Tylko przez krótki moment.
-Pokaż mi moje dzieci...-sarknął Kijani i podążył za szamanem. W pierwszej kolejności król obejrzał córkę. Miała karmelowe futro, różowy, złoziemczy nos i czarne oczka. Identyczna, jak matka. Tylko oczy miała inne. Kiedy beżowy lew wreszcie ujrzał syna, jego oczy rozszerzyły się ze zgrozy, a przez ciało przeszedł niekontrolowany dreszcz.
Kociak był czarny.
Cały czarny, jak smoła.
Oczy miał po matce. Ten sam, krwistoczerwony blaski. A futerko miał czarne.
-Fenrisulf, czemu on jest ciemny?-wycedził król, a po jego policzkach spłynęły łzy.-Po kim on ma tą sierść?
Szaman cofnął się lekko, jakby obawiał się ciosu. Przełknął ślinę.
-On...nikt nie miał czarnej sierści, panie. Ani z twojej szlachetnej rodziny, ani królowej Diwali...
-To nie jest moje dziecko...-warknął Kijani, a jego głos stracił wszystko z ojcowskich uczuć.
-To nie tak...
-Tak! Nikt nie miał takiego futra!-ryknął Kijani.
-Synu!-warknęła Raisa, mrużąc groźnie oczy.-Jaka jest ich przyszłość? Jakie mają nosić imiona?
-Przodkowie nadali mu imię Miyale, a lwicy Shane...-westchnął szaman.-Przyszłość ich jest burzliwa.
-Jaka konkretnie?-zapytał król. Fenrisulf dał znak gestem by weszli z nim do zagajnika. Ciernie idealnie zasłaniały tu światło, powodując, że niewielka sadzawka z prawej strony świeciła niebieskim blaskiem, który odbijał się refleksami na grubych gałęziach roślin. Centralnie na środku była skała, a na niej malunki królów z przeszłości. Wszyscy usiedli w kręgu, a oczy szmana zrobiły się mlecznobiałe.
-Dostojna królowa, w świetle chwały Uhaini,
dokona wyroku, pamiętana, gdy jej czas minie.
Lecz gdy gwiazdy rozbłysną Konstelacją Uranu Ciemnego,
Musi zabić jedynego przyjaciela, ciemną duszą opętanego.
Po grzbiecie Kijaniego przeszedł niekontrolowany dreszcz, ale nie dał po sobie poznać, że coś jest nie tak, jak być powinno. Doskonale wiedział, że robi dobrą minę do złej gry.
-Dobrze więc...a syn...co z nim?-spytał po chwili i wpatrzył się uważnie w mlecznobiałe oczy Fenrisulfa, jakby chcąc odgadnąć z nich, co za chwilę powie. Jednak nie zobaczył w nich nic.
-Niedobrze osądzony, niesprawiedliwie wygnany
Morderca, więzienia nie zamkną go ściany.
Gdy kreatura z rodzona z mroku, nocy, topora, da znak,
Lew z czeluści piekła uwolni...potwora.
Słowa Fenrisulfa były tym straszniejsze, ponieważ mówiąc to namalował postać czarnego lwa z krwistymi oczami, obok zamazanego rysunku beżowego lwa, z czarną grzywą i jasnozielonymi oczami.
Z czeluści piekła...
Uwolni...
Potwora...
Szaleńca.
***
Siemano, wszystkim, którzy tu zalukali!
Więc, tak...rozpoczynamy nową erę. Akcja dzieje się równolegle do panowania na Lwiej Ziemi dziadka Mohatu, Jiwe. Możliwe, że kiedyś Miyale tam zawędruje, kto wie?
Miyale- w tłumaczeniu na polski znaczy moja jasna gwiazdo
Shane- znaczy mniej więcej co przyszłość, bądź wybrana
Konstelacja Czarnego Uranu- układ gwiazd, w którym trzy najjaśniejsze gwiazdy Zachodu, Ehwaz, Mirne i Hilai układają się w podobną trasę do układu Trzech Króli.
No, na razie to tyle...
Pozdrawiam~Goldbox