Bo ja w ciebie wierzę.-słowa Askariego dudniły mu w głowie przez całą drogę do domu. Nie miał potem ochoty na zabawę, więc po prostu oddalił się po przywitaniu z koleżankami i zaproponowaniu zabawy w chowanego. Mało to eleganckie, ale skuteczne. Później wróciła Shane, ale również nie miał ochoty się z nią bawić. Musiał pomyśleć. Przełknąć pewne sprawy. Zastanowić się nad tym wszystkim.
-Skoro nie będę królem, a gwardzistą...to...potrzebuję gwardii...-szepnął sam do siebie, gdy niebo spowił mrok, a pierwsze gwiazdy zabłysnęły na ciemnogranatowym niebie. Siedział nad wodopojem i wpatrywał się w swoje odbicie, które lekko załamywało się pod wpływem delikatnych podmuchów wiatru.-A skoro potrzebuję gwar...
-To może powinieneś dowiedzieć się co nieco o swoich poprzednikach, hmm?-zawołał ktoś jakby z oddali. Miyale podskoczył i bezbłędnie ocenił skąd pochodzi głos. I do kogo należy. Fenrisulf.
-Jak? Opowiesz mi?-parsknął w odpowiedzi i podążył za głosem szamana.
-Nie.-uciął biały lew wychodząc z cienia, jaki rzucała na niego akacja.-Ale mogę ci pokazać...Chodź!
Czarny kociak poszedł za szamanem do jaskini, w której przed kilkoma miesiącami był jego ojciec, pytając o przyszłość swoich dzieci. Stanęli po skałą, zapełnioną rysunkami przodków rodziny królewskiej.
-To Hatari II Założyciel, pierwszy władca naszego królestwa.-szaman wskazał łapą na sylwetkę brązowego lwa z czarną grzywą i fioletowymi oczami.-I również pierwszy członek naszego stada. Przed Wielką Bitwą liczyło sobie ponad trzydziestu pięciu członków. Wtedy Lwia Ziemia, Zła Ziemia, Cmentarzysko Słoni, nasze królestwo i kilka pomniejszych ziem było jednym krajem rządzonym przez Radę Kidahala. A najważniejszymi członkami tejże rady byli panowie poszczególnych lenn. Król był jeden i panował żelazną ręką. Tak, więc Hatari był tylko władcą lenna, a królem wszystkich tych ziem był Muhimu I Sprawiedliwy....
-Ale, jak ma to mi pomóc w sprawie gwardii...
-Nie przerywaj!-westchnął szaman.-Wiedza ogólna też jest ważna! A, więc...nasza ziemia miała w swojej historii trzy gwardie z trzech następujących po sobie pokoleń. Ten tutaj.-wskazał na kawowego lwa z o ton ciemniejszą grzywą.-To Jeesin, pierwszy z nich. Władał gwardią tamtych czasów, a obdarzony był Rykiem Praojców. To potężna broń, której godny może być tylko prawdziwy przywódca. Do takiej gwardii może należeć tylko najsilniejszy, najszybszy, najodważniejszy, ten z najbystrzejszym okiem i oczywiście lider. Może się nim stać drugie dziecko władców...
-Czyli...czyli muszę wybrać sobie gwardię spośród stada?-zapytał niepewnie Miyale.
-Niekoniecznie ze stada...-pokręcił głową Fenrir i wskazał na kolejny malunek.-Oto Hasira, pierwsza lwica władająca Rykiem i jednocześnie pierwsza lwica dowodząca gwardią. Żyła ponad sto lat temu, a pamięć o niej nie zanika, jako o samej Uhaini. A następny był Drenish.-tutaj skinął na ciemnobordowego lwa.-Miał wyjątkowo trudne zadanie, o tyle, że był również królem. Potem linia liderów urwała się...no, i od tego czasu nie było gwardii.
Fenrisulf pospiesznie zakończył swoją przemowę i odetchnął z ulgą.
-Czekaj...mówiłeś, że liderem może zostać drugi potomek pary królewskej...-powiedział z namysłem Miyale przesuwając wzrokiem po malowidłach, bowiem gwardziści mieli osobną gałąź na tym drzewie.-To znaczy, że musiałbym mieć starsze rodzeństwo...
-S-starsze? Nieee...znaczy...-zająknął się szaman i przygryzł wargę.-Król Kijani ma tylko ciebie i twoją sios...
-Kto to?-zapytał twardo książe wskazując na beżowego lwa o czarnej grzywie. Fenrisulf nerwowo odkaszlnął i spojrzał tam gdzie czarny. Momentalnie zbladł.
-Tak, właściwie to...to jest...-szaman nerwowo oblizał wargi.-Nikt ważny.
Widać skończył temat.
-A teraz idź spać...król będzie zły jeśli jutro będziesz się ruszał, jak nosorożec.
Młody lwiak pokiwał głową i odszedł do jaskini bijąc się ze swoimi myślami.
***
-Miyale! Rusz się! Chodź! Dalej!-krzyki Shane było słychać na drugim krańcu globu. Czarny niechętnie otworzył jedno oko, a potem drugie.
-No, chodź! Muszę ci coś pokazać!-siostra zaczęła go ciągnąć za ucho.
-No, ale dlaczego teraaaz?-jęknął książę i przeciągnął się.
-Jeszcze nie wstał?-tym razem jakiś inny głos przerwał wrzaski karmelowej.
-Wstaję! No, kurcze nie widać?-warknął młody samiec i powlókł się za Shane. Siostra wypchnęła go z jaskini. Na zewnątrz czekał już Kijani z uśmiechem na pysku. Czarna grzywa tańczyła w podmuchach wiatru.
-O co chodzi?-zapytał Miyale ze zmęczeniem.
-Zdecydowałem, że razem z Tigarą, Mirą i Livanny pójdziecie na Wschodnie Polany. Będzie tam również Askari i wasze koleżanki.-oznajmił król uśmiechając się blado. Koło niego stanął Fenrisulf.-Przyda nam się z Fenrirem spokój i cisza.
Powiedziawszy to mrugnął konspiracyjnie do Shane.
-A dlaczego? Co będziecie robić?-wykrzyknęła lwiczka. Król uśmiechnął się z goryczą.
-Rozgrzebywać stare sprawy...
***
No i jak tam, kochani w roku szkolnym?
Bardzo nauka daje w kość? Mam nadzieję, że nie, a nadzieja zawsze umiera ostatnia więc...nie, dobra to nie miało sensu.
Rozdział lekko nudny, jak każdy przed nim, ale obiecuje (po raz tysięczny), że za max dwa posty poznamy już nastoletnią wersję Miyale, jego pierwsza miłość i jedną z najokrutniejszych tajemnic królestwa. *zaciera ręce z diabelskim błyskiem w oczach*. A teraz ludzie, święci, aniołowie ja idę się uczyć chemii. Manganian (VII) potasu i takie tam.
Pozdrawiam i życzę dużo piątek i szóstek!
Goldbox
Jak powstrzymać czającego się w głębi duszy potwora? Trzeba być opanowanym i wyznaczać twarde granice? Nie, wystarczy być szalonym.
poniedziałek, 20 listopada 2017
niedziela, 15 października 2017
Rozdział 3 "Ciernie"
Słońce na terenach Stada Jadeitu oświetliło łagodnie skałę pośrodku cierni, nazywaną Skałą Królów. Ciepłe, złotawe promienie wdzierały się do środka jaskiń i rozświetlały refleksami na akacji szamana, co oznaczało dla Fenrisulfa pobudkę. Biały lew wstał powoli i przeciągnął się w strugach słonecznego ciepła. Wspiął się z części, która służyła mu za legowisko, na gałąź, z której widoczne było calutkie królestwo, łącznie z tymi terenami, które znajdowały się poza cierniową plątaniną.
-Ahh...Uhaini, Uhaini, czymże nas zaskoczysz i tego dnia?-wyszeptał i pozwolił, by jasne światło padło na jego pysk. Słońce wychylające się zza horyzontu, jakby chciało mu udzielić odpowiedzi, błyskając w pobliskim wodopoju. Fenrisulf zszedł z drzewa i skierował się do tego właśnie miejsca, chcąc ugasić pragnienie. Ledwie schylił się, by wziąć łyk wody, a coś z impetem wpadło w jego bok, po czym, jak piłeczka odskoczyło i wpadło do wody.
-Shaneee! Jak ja cię zaraz...!-jeden głośny, pełen oburzenia krzyk wystarczył, aby rozpoznać w ów obiekcie księcia Miyale.-P-przepraszam pana...
-Nic nie szkodzi!-uśmiechnął się szaman i zaczął pić. Miyale przyglądał mu się z zainteresowaniem, przekrzywiając łebek w bok. Zaraz do czarnego kociaka podbiegła jego siostra i pacnęła go przyjacielsko w ramię.
-Mi, coś ty taki nie w sosie, gramy!-zawołała i rzuciła się na brata. Miyale po chwili głośnej szarpaniny został powalony na ziemię, a potem wrzucony do wodopoju.
-Hej, to się nie liczy! Oszukiwałaś!-krzyknął oskarżycielsko lwiak i chlapnął wodą wprost w Shane.
-Osz ty!-zaśmiała się lwiczka i wskoczyła na brata, który w ostatniej chwili się przesunął, tak, że karmelowa leżała teraz w wodzie obok brata. Po chwili wynurzyła się i zaczęła się tak zwana bitwa "Morskiego potwora z dzielnym marynarzem". Obaj przeciwnicy stali naprzeciw siebie i ten, który pierwszy powali przeciwnika do wody jest marynarzem, a przegrany ohydnym potworem z głębin.
-Zaraz cię zjem!-krzyknął bojowo Miyale, który, jak zwykle był potworem.
-Chyba śnisz! Nie pokonasz mnie, nigdy przenigdy!-odpowiedziała Shane i pchnęła brata do wody. Ten w odwecie nabrał trochę mułu i rzucił tym pociskiem w karmelowy obiekt zagłady. Przerażający pisk świadczył o trafieniu prosto w cel.
-Ejjjj, to nie fair! Użyłeś armaty!-oburzyła się Shane i rzuciła się na czarnego.
-Wszystkie chwyty dozwolone!
-No, nie wydaje mi się!-zawołał z brzegu król Kijani. Fenrisulf pokłonił się głęboko i odszedł w stronę akacji.-Miyale, Shane! Wyłazić mi z tamtąd!
-Ale...ale tato! Przerwałeś bitwę morską!-wykrzyknęły kocięta z kwaśnymi minami.
-Uwaga, bo potwór z jaskini królewskiej, Kijani, zaraz zatopi wasz okręt jeśli szanowna załoga nie wyjdzie na brzeg!-uśmiechnął się Kijani i chlapnął delikatnie łapą w stronę lwiaków.
-No dobra!-oboje wyszli z wody i otrzepali się z błota.
-Zatem, Miyale, idź się bawić, a Shane pójdzie ze mną...-zaczął Kijani, jednak nie dane mu było skończyć.
-Taaaaaaato! Ja też chcę iść z wami!-zawołał czarny i połasił się do łap ojca.-Mogę?
W innej sytuacji król zapewne by się zgodził, ale zbyt żywe jeszcze były w nim wspomnienia sprzed kilku lat. Ten młody kociak tak bardzo przypominał mu Diwali. Jego oczy miały taki sam rubinowy blask, jak ona, tyle że głębszy i ciemniejszy. Rysy pyska też odziedziczył po niej.
-Ale ona nie żyje...-jakiś złośliwy głosik w jego głowie uznał za stosowne rozpocząć proces doprowadzania króla do szewskiej pasji.
-Dzięki, że mi o tym przypomniałeś...!-odciął się Kijani w myślach.
-Tato?-lew potrząsnął łbem i spojrzał w te oczy. Ten czarny, mały futrzak nigdy nie powinien nawet usłyszeć o władzy. Nie po tym wszystkim.
-Nie-powiedział stanowczo Kijani.
-Ale dlaczego?-zdziwił się Miyale i przekręcił główkę w uprzejmym zaskoczeniu.
-Nie-odparł król.-Nie,bo nie chcę patrzeć w te same oczy...-dokończył w myślach.
-Bo...?
-Bo to nudne...-skłamał gładko Kijani- Nie będzie to interesowało przyszłego gwardzisty...
-Będę gwardzistą?!-wykrzyknął wniebowzięty Miyale i stanął na równe łapki.-Będę walczył ze złoczyńcami? I...i będę kimś ważnym? Wiedziałem!
-Co ja do cholery jasnej powiedziałem!-skarcił się król i spojrzał na rozemocjonowanego syna, który zdążył wszcząć przyjacielską walkę z siostrą.-Chociaż...może to właśnie dobrze?
-Taaak...właśnie...-stwierdził król z zestresowanym uśmiechem, chociaż w duszy robił typowego facepalma.-To my z Shane już pójdziemy, a ty...może odwiedzisz Fenrira? I pobawisz się z Askarim? Przecież się lubicie...
-Tak-potwierdził czarny i pobiegł z uśmiechem do jednej z jaskiń.
Zupełnie, jak matka...
***
Miyale wszedł powoli do obszernej jaskini w południowej części kręgu. Mieszkały tu trzy lwice, Shetani, Tigara i Mira. No i oczywiście jego przyjaciel, Askari.
-Dzień dobry pani!-uśmiechnął się czarny do Tigary-Szukam Askariego...jest tu gdzieś?
-Miyale! Dobrze, że jesteś, bo ten młody szczeniak już mnie powoli denerwuje. Jest, jest, tam pod ścianą! Możecie iść do lasku wschodniego, są tam Kira i Jamali, pobawicie się razem!-ucieszyła się ruda lwica i popchnęła go zachęcająco w stronę swojego syna.
-Askaaari!-wykrzyknął lwiak i podbiegł do beżowego lwiątka.
-Miyale!-uśmiechnął się złotooki samiec i oboje zaczęli się siłować na przywitanie. Po chwili Miyale leżał powalony na łopatki przez brązowego kumpla.
-Dałem ci wygrać!-sarknął czarny i mało elegancko zepchnął Askariego z siebie.
-Jaaasne!-zaśmiał się złotooki i pomógł mu wstać.-Chodź do dziewczyn, są w lasku wschodnim!
Oba lwiątka zgodnie wybiegły z jaskini na wschód ciernistej ściany roślin. Po drodze śmiali się i rozmawiali o tym, który z nich złapał większą mysz.
-Ej, Mi, ja złapałem taaaką wielką, mówię ci!-pochwalił się Askari, rozkładając łapki i pokazując rzekomy rozmiar gryzonia.
Taak? Serio?-czarny aż rozdziawił pyszczek w zdziwieniu.
-Tak! Mama mi powiedziała, że kiedyś będę polował, tak dobrze, jak ona!-brązowy wypiął z dumą pierś.-A moja mama nie ma sobie równych!
-Rzeczywiście...kiedyś przyniosła taką antylopę gnu, że jedliśmy ją prawie trzy dni!-potwierdził Miyale i uśmiechnął się do kolegi.-A tatuś mi powiedział, nie uwierzysz! Że kiedyś, jak dorosnę i będę duży i silny, to zostanę lwim gwardzistą!
-No, nie żartuj!-oczy Askariego zrobiły się duże i okrągłe, jak pięciozłotówki.
-Naprawdę! I...
-I to będzie największa klapa w historii!-czyiś szyderczy głos przerwał księciu w połowie zdania. Zza krzaków wyłoniły się dwa dobrze zbudowane lewki. Jeden miał brązowe futro i czarną grzywę, która porastała mu już prawię połowę szyi. Drugi był trochę młodszy.
-Jeri, patrz no! Nasza królewska pokraka zostanie gwardzistą!-ryknął śmiechem starszy.
-Taaak! Jasne, już widzę, jak pokonuje w heroicznej walce muchę!-parsknął młodszy.
-Po prostu mu zazdrościcie, kołki!-Askari starał się bronić przyjaciela.
-A ty co? Adwokat Miyale?-warknął ze złością Jeri.
-A ty nie lepszy!-wypalił Askari.
-Dobra, stary, chodź nim nas pobiją!-zaśmiał się starszy i poszli w swoją stronę. Do oczu Miyale napłynęły łzy.
-A co jeśli mają rację? Jeśli nie d-dam s-so-obie rady?-zapytał Miyale. Askari zrobił poważną minę i chwycił jego pyszczek w łapki.
-Dasz radę. A wiesz dlaczego?-zapytał Askari.-Bo JA w ciebie wierzę!
***
No, cześć moje ziemniaki!
Jak tam, podobało się? Bo mi to raczej średnio. Nic się nie dzieje, no, ale cóż, od czasu do czasu trzeba takie nudziarstwo napisać, bo kilka godzin fizyki w szkole to za mało nudzenia!
Bardzo was przepraszam, ale trochę nie zgrywa mi się blogowanie z nauką, zajęciami itd. Typowe problemy roku szkolnego.
Mam nadzieję, że u was lepiej.
Podrawiam i życzę wesołych męczarni w nauce!
Goldbox
-Ahh...Uhaini, Uhaini, czymże nas zaskoczysz i tego dnia?-wyszeptał i pozwolił, by jasne światło padło na jego pysk. Słońce wychylające się zza horyzontu, jakby chciało mu udzielić odpowiedzi, błyskając w pobliskim wodopoju. Fenrisulf zszedł z drzewa i skierował się do tego właśnie miejsca, chcąc ugasić pragnienie. Ledwie schylił się, by wziąć łyk wody, a coś z impetem wpadło w jego bok, po czym, jak piłeczka odskoczyło i wpadło do wody.
-Shaneee! Jak ja cię zaraz...!-jeden głośny, pełen oburzenia krzyk wystarczył, aby rozpoznać w ów obiekcie księcia Miyale.-P-przepraszam pana...
-Nic nie szkodzi!-uśmiechnął się szaman i zaczął pić. Miyale przyglądał mu się z zainteresowaniem, przekrzywiając łebek w bok. Zaraz do czarnego kociaka podbiegła jego siostra i pacnęła go przyjacielsko w ramię.
-Mi, coś ty taki nie w sosie, gramy!-zawołała i rzuciła się na brata. Miyale po chwili głośnej szarpaniny został powalony na ziemię, a potem wrzucony do wodopoju.
-Hej, to się nie liczy! Oszukiwałaś!-krzyknął oskarżycielsko lwiak i chlapnął wodą wprost w Shane.
-Osz ty!-zaśmiała się lwiczka i wskoczyła na brata, który w ostatniej chwili się przesunął, tak, że karmelowa leżała teraz w wodzie obok brata. Po chwili wynurzyła się i zaczęła się tak zwana bitwa "Morskiego potwora z dzielnym marynarzem". Obaj przeciwnicy stali naprzeciw siebie i ten, który pierwszy powali przeciwnika do wody jest marynarzem, a przegrany ohydnym potworem z głębin.
-Zaraz cię zjem!-krzyknął bojowo Miyale, który, jak zwykle był potworem.
-Chyba śnisz! Nie pokonasz mnie, nigdy przenigdy!-odpowiedziała Shane i pchnęła brata do wody. Ten w odwecie nabrał trochę mułu i rzucił tym pociskiem w karmelowy obiekt zagłady. Przerażający pisk świadczył o trafieniu prosto w cel.
-Ejjjj, to nie fair! Użyłeś armaty!-oburzyła się Shane i rzuciła się na czarnego.
-Wszystkie chwyty dozwolone!
-No, nie wydaje mi się!-zawołał z brzegu król Kijani. Fenrisulf pokłonił się głęboko i odszedł w stronę akacji.-Miyale, Shane! Wyłazić mi z tamtąd!
-Ale...ale tato! Przerwałeś bitwę morską!-wykrzyknęły kocięta z kwaśnymi minami.
-Uwaga, bo potwór z jaskini królewskiej, Kijani, zaraz zatopi wasz okręt jeśli szanowna załoga nie wyjdzie na brzeg!-uśmiechnął się Kijani i chlapnął delikatnie łapą w stronę lwiaków.
-No dobra!-oboje wyszli z wody i otrzepali się z błota.
-Zatem, Miyale, idź się bawić, a Shane pójdzie ze mną...-zaczął Kijani, jednak nie dane mu było skończyć.
-Taaaaaaato! Ja też chcę iść z wami!-zawołał czarny i połasił się do łap ojca.-Mogę?
W innej sytuacji król zapewne by się zgodził, ale zbyt żywe jeszcze były w nim wspomnienia sprzed kilku lat. Ten młody kociak tak bardzo przypominał mu Diwali. Jego oczy miały taki sam rubinowy blask, jak ona, tyle że głębszy i ciemniejszy. Rysy pyska też odziedziczył po niej.
-Ale ona nie żyje...-jakiś złośliwy głosik w jego głowie uznał za stosowne rozpocząć proces doprowadzania króla do szewskiej pasji.
-Dzięki, że mi o tym przypomniałeś...!-odciął się Kijani w myślach.
-Tato?-lew potrząsnął łbem i spojrzał w te oczy. Ten czarny, mały futrzak nigdy nie powinien nawet usłyszeć o władzy. Nie po tym wszystkim.
-Nie-powiedział stanowczo Kijani.
-Ale dlaczego?-zdziwił się Miyale i przekręcił główkę w uprzejmym zaskoczeniu.
-Nie-odparł król.-Nie,bo nie chcę patrzeć w te same oczy...-dokończył w myślach.
-Bo...?
-Bo to nudne...-skłamał gładko Kijani- Nie będzie to interesowało przyszłego gwardzisty...
-Będę gwardzistą?!-wykrzyknął wniebowzięty Miyale i stanął na równe łapki.-Będę walczył ze złoczyńcami? I...i będę kimś ważnym? Wiedziałem!
-Co ja do cholery jasnej powiedziałem!-skarcił się król i spojrzał na rozemocjonowanego syna, który zdążył wszcząć przyjacielską walkę z siostrą.-Chociaż...może to właśnie dobrze?
-Taaak...właśnie...-stwierdził król z zestresowanym uśmiechem, chociaż w duszy robił typowego facepalma.-To my z Shane już pójdziemy, a ty...może odwiedzisz Fenrira? I pobawisz się z Askarim? Przecież się lubicie...
-Tak-potwierdził czarny i pobiegł z uśmiechem do jednej z jaskiń.
Zupełnie, jak matka...
***
Miyale wszedł powoli do obszernej jaskini w południowej części kręgu. Mieszkały tu trzy lwice, Shetani, Tigara i Mira. No i oczywiście jego przyjaciel, Askari.
-Dzień dobry pani!-uśmiechnął się czarny do Tigary-Szukam Askariego...jest tu gdzieś?
-Miyale! Dobrze, że jesteś, bo ten młody szczeniak już mnie powoli denerwuje. Jest, jest, tam pod ścianą! Możecie iść do lasku wschodniego, są tam Kira i Jamali, pobawicie się razem!-ucieszyła się ruda lwica i popchnęła go zachęcająco w stronę swojego syna.
-Askaaari!-wykrzyknął lwiak i podbiegł do beżowego lwiątka.
-Miyale!-uśmiechnął się złotooki samiec i oboje zaczęli się siłować na przywitanie. Po chwili Miyale leżał powalony na łopatki przez brązowego kumpla.
-Dałem ci wygrać!-sarknął czarny i mało elegancko zepchnął Askariego z siebie.
-Jaaasne!-zaśmiał się złotooki i pomógł mu wstać.-Chodź do dziewczyn, są w lasku wschodnim!
Oba lwiątka zgodnie wybiegły z jaskini na wschód ciernistej ściany roślin. Po drodze śmiali się i rozmawiali o tym, który z nich złapał większą mysz.
-Ej, Mi, ja złapałem taaaką wielką, mówię ci!-pochwalił się Askari, rozkładając łapki i pokazując rzekomy rozmiar gryzonia.
Taak? Serio?-czarny aż rozdziawił pyszczek w zdziwieniu.
-Tak! Mama mi powiedziała, że kiedyś będę polował, tak dobrze, jak ona!-brązowy wypiął z dumą pierś.-A moja mama nie ma sobie równych!
-Rzeczywiście...kiedyś przyniosła taką antylopę gnu, że jedliśmy ją prawie trzy dni!-potwierdził Miyale i uśmiechnął się do kolegi.-A tatuś mi powiedział, nie uwierzysz! Że kiedyś, jak dorosnę i będę duży i silny, to zostanę lwim gwardzistą!
-No, nie żartuj!-oczy Askariego zrobiły się duże i okrągłe, jak pięciozłotówki.
-Naprawdę! I...
-I to będzie największa klapa w historii!-czyiś szyderczy głos przerwał księciu w połowie zdania. Zza krzaków wyłoniły się dwa dobrze zbudowane lewki. Jeden miał brązowe futro i czarną grzywę, która porastała mu już prawię połowę szyi. Drugi był trochę młodszy.
-Jeri, patrz no! Nasza królewska pokraka zostanie gwardzistą!-ryknął śmiechem starszy.
-Taaak! Jasne, już widzę, jak pokonuje w heroicznej walce muchę!-parsknął młodszy.
-Po prostu mu zazdrościcie, kołki!-Askari starał się bronić przyjaciela.
-A ty co? Adwokat Miyale?-warknął ze złością Jeri.
-A ty nie lepszy!-wypalił Askari.
-Dobra, stary, chodź nim nas pobiją!-zaśmiał się starszy i poszli w swoją stronę. Do oczu Miyale napłynęły łzy.
-A co jeśli mają rację? Jeśli nie d-dam s-so-obie rady?-zapytał Miyale. Askari zrobił poważną minę i chwycił jego pyszczek w łapki.
-Dasz radę. A wiesz dlaczego?-zapytał Askari.-Bo JA w ciebie wierzę!
***
No, cześć moje ziemniaki!
Jak tam, podobało się? Bo mi to raczej średnio. Nic się nie dzieje, no, ale cóż, od czasu do czasu trzeba takie nudziarstwo napisać, bo kilka godzin fizyki w szkole to za mało nudzenia!
Bardzo was przepraszam, ale trochę nie zgrywa mi się blogowanie z nauką, zajęciami itd. Typowe problemy roku szkolnego.
Mam nadzieję, że u was lepiej.
Podrawiam i życzę wesołych męczarni w nauce!
Goldbox
sobota, 26 sierpnia 2017
Rozdział 2 "Krew...zapłacą krwią!"
Siedział tu.
Od lat.
Zapomniany.
Niekochany.
Wygnany i potępiony za swe zbrodnie.
A jednak żył. Żył ze świadomością, że kiedyś oni wszyscy zapłacą. Że ci, którzy śmiali mu się w twarz, oni wszyscy poznają smak porażki i rozpaczy, strachu i gniewu, gdy on, wielki następca tronu Lwiego Królestwa powróci. Oni wszyscy oddadzą mu pokłon, będą drżeli pod jego potęgą i w strachu czcić go, za wielkie czyny. Przez niewielką szczelinę w kratach jego celi wpadł zdradziecki promień światła księżyca oświetlając jego więzienie czerwonym blaskiem. Oraz ukazując jego potworne oblicze. Krwiste światło padło bezwstydnie na jego kruczoczarną, wystrzępioną grzywę i bladobeżowe futro. Ostre, czarne pazury w bladym świetle zabłysnęły tak srogo, że wydawało się, że księżyc przerażony cofnie swe promienie i schowa się za granatowymi chmurami, jakby w obawie przed przerażającym widokiem skazańca. Ale najgorsze były oczy. Jasnozielone, przepełnione czystą chęcią mordu, z rozszerzonymi szaleńczo źrenicami. Kryła się w nich wściekłość, niezmiennie od dwudziestu lat. Od tylu również lat jego myśli nieustannie krążyły wokół zemsty. Jednak jakże puste złorzeczenia mogły zastąpić mu ten słodki smak rozkosznie ciepłej krwi, spływającej po wargach, jej szkarłat odbijający się w głębi jego oczu, które w szaleńczej ekscytacji błyszczały w mroku nocy? Co mogło mu dać marzenie o zemście, choćby przepełnione realizmem, kiedy wciąż siedział zamknięty w tej celi, skazany na wieczne potępienie, a jego wrogowie śmiali się z jego porażki i drwili z niego, za jego plecami? Mogło mu w zamian oferować tylko marną tęsknotę i rozżalenie. Jak mogło do tego dojść? Jak coś mogło pójść nie tak, jak powinno? Ale to nie ważne, nie ważne. Ważna jest przyszłość. Jedyne co mu pozostało to czekać. Patrzeć na przemijające dni, słuchać kłótni pijanych strażników i rozmyślać o tym , jak bardzo chciałby znowu poczuć na swoim ciele rozkoszne objęcia jego nieustannej partnerki, jego miłości, jego...obsesji. Śmierci. Jakże ciemność mogła mu zastąpić te piękne krzyki bólu i cierpienia, te zamarłe w niemym przerażeniu oczy, tą krew, która spływała stróżkami po jego poszarpanej grzywie i to cudowne uczucie. Uczucie władzy nad każdym istnieniem, uczucie władzy nad...życiem i śmiercią. Teraz pozostało tyko czekać. Taaak, tylko zaczekać. Wmawiał to sobie od kilkunastu lat. A potem zabłyśnie na Skale Królów w świetle wiecznej chwały, a oni wszyscy zobaczą. Tylko czekać. Nagle w jego oczach rozbłysły łzy. Jedna po drugiej skapywały na skalistą, twardą ziemię. Uśmiechnął się w przypływie chorej euforii i ni stąd ni z owąd zaniósł się szaleńczym śmiechem. Jego wybuch radości słychać było we wszystkich korytarzach tego przeklętego więzienia. A łzy dalej spływały mu po policzkach.
Kap.
Kap.
Kap.
Musiał podeprzeć się ściany, aby nie upaść i nie zacząć tarzać się ze śmiechu po podłodze.
Ale, jak, na komendę jego śmiech umilkł, by zastąpił go gniewny grymas, a łzy w oczach z łez radości stały się łzami czystej rozpaczy.
Zwariował.
Po tylu latach.
Zwariował.
Nigdy stąd nie wyjdzie. Popatrzył na księżyc, widoczny przez jedną, jedyną, wąską szparę i wykrzywił wargi w obrzydliwym uśmiechu. Jak, nie dziś, to jutro.
Oni wszyscy popamiętają. Ci, którzy śmiali mu się w twarz. Poznają potęgę śmierci i jej jedynego pana. Oni wszyscy...Ci zdrajcy i kłamcy. A on będzie na to patrzył z uśmiechem na ustach. Będzie powoli i bezlitośnie poddawał torturom, a na końcu podrzynał gardła.
Oni wszyscy zapłacą.
Zapłacą krwią.
Od lat.
Zapomniany.
Niekochany.
Wygnany i potępiony za swe zbrodnie.
A jednak żył. Żył ze świadomością, że kiedyś oni wszyscy zapłacą. Że ci, którzy śmiali mu się w twarz, oni wszyscy poznają smak porażki i rozpaczy, strachu i gniewu, gdy on, wielki następca tronu Lwiego Królestwa powróci. Oni wszyscy oddadzą mu pokłon, będą drżeli pod jego potęgą i w strachu czcić go, za wielkie czyny. Przez niewielką szczelinę w kratach jego celi wpadł zdradziecki promień światła księżyca oświetlając jego więzienie czerwonym blaskiem. Oraz ukazując jego potworne oblicze. Krwiste światło padło bezwstydnie na jego kruczoczarną, wystrzępioną grzywę i bladobeżowe futro. Ostre, czarne pazury w bladym świetle zabłysnęły tak srogo, że wydawało się, że księżyc przerażony cofnie swe promienie i schowa się za granatowymi chmurami, jakby w obawie przed przerażającym widokiem skazańca. Ale najgorsze były oczy. Jasnozielone, przepełnione czystą chęcią mordu, z rozszerzonymi szaleńczo źrenicami. Kryła się w nich wściekłość, niezmiennie od dwudziestu lat. Od tylu również lat jego myśli nieustannie krążyły wokół zemsty. Jednak jakże puste złorzeczenia mogły zastąpić mu ten słodki smak rozkosznie ciepłej krwi, spływającej po wargach, jej szkarłat odbijający się w głębi jego oczu, które w szaleńczej ekscytacji błyszczały w mroku nocy? Co mogło mu dać marzenie o zemście, choćby przepełnione realizmem, kiedy wciąż siedział zamknięty w tej celi, skazany na wieczne potępienie, a jego wrogowie śmiali się z jego porażki i drwili z niego, za jego plecami? Mogło mu w zamian oferować tylko marną tęsknotę i rozżalenie. Jak mogło do tego dojść? Jak coś mogło pójść nie tak, jak powinno? Ale to nie ważne, nie ważne. Ważna jest przyszłość. Jedyne co mu pozostało to czekać. Patrzeć na przemijające dni, słuchać kłótni pijanych strażników i rozmyślać o tym , jak bardzo chciałby znowu poczuć na swoim ciele rozkoszne objęcia jego nieustannej partnerki, jego miłości, jego...obsesji. Śmierci. Jakże ciemność mogła mu zastąpić te piękne krzyki bólu i cierpienia, te zamarłe w niemym przerażeniu oczy, tą krew, która spływała stróżkami po jego poszarpanej grzywie i to cudowne uczucie. Uczucie władzy nad każdym istnieniem, uczucie władzy nad...życiem i śmiercią. Teraz pozostało tyko czekać. Taaak, tylko zaczekać. Wmawiał to sobie od kilkunastu lat. A potem zabłyśnie na Skale Królów w świetle wiecznej chwały, a oni wszyscy zobaczą. Tylko czekać. Nagle w jego oczach rozbłysły łzy. Jedna po drugiej skapywały na skalistą, twardą ziemię. Uśmiechnął się w przypływie chorej euforii i ni stąd ni z owąd zaniósł się szaleńczym śmiechem. Jego wybuch radości słychać było we wszystkich korytarzach tego przeklętego więzienia. A łzy dalej spływały mu po policzkach.
Kap.
Kap.
Kap.
Musiał podeprzeć się ściany, aby nie upaść i nie zacząć tarzać się ze śmiechu po podłodze.
Ale, jak, na komendę jego śmiech umilkł, by zastąpił go gniewny grymas, a łzy w oczach z łez radości stały się łzami czystej rozpaczy.
Zwariował.
Po tylu latach.
Zwariował.
Nigdy stąd nie wyjdzie. Popatrzył na księżyc, widoczny przez jedną, jedyną, wąską szparę i wykrzywił wargi w obrzydliwym uśmiechu. Jak, nie dziś, to jutro.
Oni wszyscy popamiętają. Ci, którzy śmiali mu się w twarz. Poznają potęgę śmierci i jej jedynego pana. Oni wszyscy...Ci zdrajcy i kłamcy. A on będzie na to patrzył z uśmiechem na ustach. Będzie powoli i bezlitośnie poddawał torturom, a na końcu podrzynał gardła.
Oni wszyscy zapłacą.
Zapłacą krwią.
niedziela, 30 lipca 2017
Rozdział 1 "Uwolni potwora"
Na wschód od Lwiej Ziemi, za żarzącą się w słońcu pustynią i bielejącym kościami Cmentarzyskiem Słoni, znajduje się królestwo.
Tereny Stada Jadeitu.
Od pokoleń władali nim dostojni, szlachetni władcy. Władza przechodziła z pokolenia na pokolenie, z ojca na syna, z matki na córkę. Odwieczny Krąg Życia płynął spokojnie swoim tempem. Stado Jadeitu składało się z pięknych, w większości jasnofutrych lwic, które zamieszkiwały mały, ciernisty lasek królestwa. Owym lasem była plątanina cierni, czarnych, kolczastych roślin. Pośród tego gąszczu znajdowały się niewielkie jaskinie, które tworzyły krąg.
Może nieco krzywy i z dziurami, ale zawsze coś.
Pośrodku koła znajdowało się podwyższenie, a przy samej linii wysokich, kolczastych krzewów potężne drzewo akacji, siedziba tamtejszego szamana. I mimo, że miejsce to wydawałoby się dzikie i zapuszczone, to tętniło życiem. Matki z lwiątkami odpoczywały w wejściach do jaskiń, wygrzewając się w promieniach słońca, a młode kociaki chodziły słuchać starych legend i bajań szamana, który zawsze miał coś ciekawego do opowiadania.
Ale ten dzień był szczególny, wyjątkowy, bowiem królowa Stada Jadeitu wydawała właśnie na świat potomka. Długo wyczekiwanego następcę tronu, godnego by w przyszłości przewodzić stadem.
Obecny, wieloletni przywódca stada, lew o imieniu Kijani, wędrował teraz w te i wewte, krążąc pod królewską jaskinią, nie mogąc znaleźć sobie miejsca.
-Synu...na pewno wszystko będzie dobrze...-do beżowego lwa podeszła jego matka, Raisa, i posłała mu przyjazny uśmiech. Ostre rysy jej pyska złagodniały, gdy dojrzała zatroskany wzrok króla.
-Matko...a jeśli coś jest nie tak?-wyraził swe obawy czarnogrzywy lew i popatrzył smutno na matkę swoimi ciemnoniebieskimi oczami.
-Z roku na rok coraz bardziej przypomina ojca...-pomyślała Raisa i po chwili wahania poczochrała syna po grzywie.
-Maaamo!-lwica zaśmiała się mimowolnie, patrząc na oburzoną minę syna i jego potarganą czuprynę. Na jej pyszczku pojawił się szeroki uśmiech.
-Wszystko będzie dobrze...-powtórzyła i przytuliła Kijaniego do siebie. On bez protestów, prawie zemdlały ze stresu dał się porwać ciepłym, matczynym objęciom. Trwali tak przez dobrą chwilę, przytuleni, a Raisie mimowolnie łzy zaczęły ciec z oczu, ponieważ uświadomiła sobie, jak bardzo brakuje jej męża.
Kijani widząc co się dzieje, aby dodać matce otuchy, polizał ją po pyszczku, zlizując ciepłe łzy. Raisa zanurzyła palce w jego rozczochranej grzywie i przycisnęła swoje czoło do czoła syna. Był taki podobny do jej kochanego Dahali. Z charakteru niepodobny, mimo, iż z wyglądu identyczny.
-Panie!-ryk szamana słychać było na samych krańcach królestwa. Był to biały, lew z białą także grzywą i masą malunków i tatuaży na ciele. Jego złote, mętne oczy błyszczały z emocji.
-Co? Co z Diwali? Co z moim dzieckiem?-krzyknął Kijani, wyrywając się z matczynych objęć i podbiegając do białego lwa i domagając się wyjaśnień.
-Ona...-zaczął Fenrisulf i delikatnie przygryzł wargę. Popatrzył ze smutkiem na Kijaniego, który zrobił się blady, jak papier i popędził do groty.
To, co ujrzał, sprawiło, że miał ochotę odebrać sobie życie.
Leżała tam.
Cała we krwi.
Jego ukochana partnerka. Diwali. Rozciągnięta bez życia na kamiennej posadzce. Król podbiegł do ciała i popatrzył smutno w jej niegdyś piękne, rubinowe oczy, teraz świecące pustką.
-Tak mi przykro synu...-powidziała Raisa i niepewnie podeszła do lwa.-Ale...masz potomka...
-Co mi po potomku, jeżeli ona go nigdy nie zobaczy?-warknął lew, wściekle ocierając łzy.-Co mi po kociakach, których razem nie wychowamy?
-Dość!-powiedziała stanowczo lwica.-Masz syna i córkę, którzy cię potrzebuja! A ona zawsze z nami będzie. Zawsze.
Król popatrzył smutno na matkę i skinął głową na Fenrisulfa każąc przynieść kociaki. Nie umknęło niczyjej uwadze, że biały lew lekko się zawahał. Tylko przez krótki moment.
-Pokaż mi moje dzieci...-sarknął Kijani i podążył za szamanem. W pierwszej kolejności król obejrzał córkę. Miała karmelowe futro, różowy, złoziemczy nos i czarne oczka. Identyczna, jak matka. Tylko oczy miała inne. Kiedy beżowy lew wreszcie ujrzał syna, jego oczy rozszerzyły się ze zgrozy, a przez ciało przeszedł niekontrolowany dreszcz.
Kociak był czarny.
Cały czarny, jak smoła.
Oczy miał po matce. Ten sam, krwistoczerwony blaski. A futerko miał czarne.
-Fenrisulf, czemu on jest ciemny?-wycedził król, a po jego policzkach spłynęły łzy.-Po kim on ma tą sierść?
Szaman cofnął się lekko, jakby obawiał się ciosu. Przełknął ślinę.
-On...nikt nie miał czarnej sierści, panie. Ani z twojej szlachetnej rodziny, ani królowej Diwali...
-To nie jest moje dziecko...-warknął Kijani, a jego głos stracił wszystko z ojcowskich uczuć.
-To nie tak...
-Tak! Nikt nie miał takiego futra!-ryknął Kijani.
-Synu!-warknęła Raisa, mrużąc groźnie oczy.-Jaka jest ich przyszłość? Jakie mają nosić imiona?
-Przodkowie nadali mu imię Miyale, a lwicy Shane...-westchnął szaman.-Przyszłość ich jest burzliwa.
-Jaka konkretnie?-zapytał król. Fenrisulf dał znak gestem by weszli z nim do zagajnika. Ciernie idealnie zasłaniały tu światło, powodując, że niewielka sadzawka z prawej strony świeciła niebieskim blaskiem, który odbijał się refleksami na grubych gałęziach roślin. Centralnie na środku była skała, a na niej malunki królów z przeszłości. Wszyscy usiedli w kręgu, a oczy szmana zrobiły się mlecznobiałe.
-Dostojna królowa, w świetle chwały Uhaini,
dokona wyroku, pamiętana, gdy jej czas minie.
Lecz gdy gwiazdy rozbłysną Konstelacją Uranu Ciemnego,
Musi zabić jedynego przyjaciela, ciemną duszą opętanego.
Po grzbiecie Kijaniego przeszedł niekontrolowany dreszcz, ale nie dał po sobie poznać, że coś jest nie tak, jak być powinno. Doskonale wiedział, że robi dobrą minę do złej gry.
-Dobrze więc...a syn...co z nim?-spytał po chwili i wpatrzył się uważnie w mlecznobiałe oczy Fenrisulfa, jakby chcąc odgadnąć z nich, co za chwilę powie. Jednak nie zobaczył w nich nic.
-Niedobrze osądzony, niesprawiedliwie wygnany
Morderca, więzienia nie zamkną go ściany.
Gdy kreatura z rodzona z mroku, nocy, topora, da znak,
Lew z czeluści piekła uwolni...potwora.
Słowa Fenrisulfa były tym straszniejsze, ponieważ mówiąc to namalował postać czarnego lwa z krwistymi oczami, obok zamazanego rysunku beżowego lwa, z czarną grzywą i jasnozielonymi oczami.
Z czeluści piekła...
Uwolni...
Potwora...
Szaleńca.
***
Siemano, wszystkim, którzy tu zalukali!
Więc, tak...rozpoczynamy nową erę. Akcja dzieje się równolegle do panowania na Lwiej Ziemi dziadka Mohatu, Jiwe. Możliwe, że kiedyś Miyale tam zawędruje, kto wie?
Miyale- w tłumaczeniu na polski znaczy moja jasna gwiazdo
Shane- znaczy mniej więcej co przyszłość, bądź wybrana
Konstelacja Czarnego Uranu- układ gwiazd, w którym trzy najjaśniejsze gwiazdy Zachodu, Ehwaz, Mirne i Hilai układają się w podobną trasę do układu Trzech Króli.
No, na razie to tyle...
Pozdrawiam~Goldbox
Tereny Stada Jadeitu.
Od pokoleń władali nim dostojni, szlachetni władcy. Władza przechodziła z pokolenia na pokolenie, z ojca na syna, z matki na córkę. Odwieczny Krąg Życia płynął spokojnie swoim tempem. Stado Jadeitu składało się z pięknych, w większości jasnofutrych lwic, które zamieszkiwały mały, ciernisty lasek królestwa. Owym lasem była plątanina cierni, czarnych, kolczastych roślin. Pośród tego gąszczu znajdowały się niewielkie jaskinie, które tworzyły krąg.
Może nieco krzywy i z dziurami, ale zawsze coś.
Pośrodku koła znajdowało się podwyższenie, a przy samej linii wysokich, kolczastych krzewów potężne drzewo akacji, siedziba tamtejszego szamana. I mimo, że miejsce to wydawałoby się dzikie i zapuszczone, to tętniło życiem. Matki z lwiątkami odpoczywały w wejściach do jaskiń, wygrzewając się w promieniach słońca, a młode kociaki chodziły słuchać starych legend i bajań szamana, który zawsze miał coś ciekawego do opowiadania.
Ale ten dzień był szczególny, wyjątkowy, bowiem królowa Stada Jadeitu wydawała właśnie na świat potomka. Długo wyczekiwanego następcę tronu, godnego by w przyszłości przewodzić stadem.
Obecny, wieloletni przywódca stada, lew o imieniu Kijani, wędrował teraz w te i wewte, krążąc pod królewską jaskinią, nie mogąc znaleźć sobie miejsca.
-Synu...na pewno wszystko będzie dobrze...-do beżowego lwa podeszła jego matka, Raisa, i posłała mu przyjazny uśmiech. Ostre rysy jej pyska złagodniały, gdy dojrzała zatroskany wzrok króla.
-Matko...a jeśli coś jest nie tak?-wyraził swe obawy czarnogrzywy lew i popatrzył smutno na matkę swoimi ciemnoniebieskimi oczami.
-Z roku na rok coraz bardziej przypomina ojca...-pomyślała Raisa i po chwili wahania poczochrała syna po grzywie.
-Maaamo!-lwica zaśmiała się mimowolnie, patrząc na oburzoną minę syna i jego potarganą czuprynę. Na jej pyszczku pojawił się szeroki uśmiech.
-Wszystko będzie dobrze...-powtórzyła i przytuliła Kijaniego do siebie. On bez protestów, prawie zemdlały ze stresu dał się porwać ciepłym, matczynym objęciom. Trwali tak przez dobrą chwilę, przytuleni, a Raisie mimowolnie łzy zaczęły ciec z oczu, ponieważ uświadomiła sobie, jak bardzo brakuje jej męża.
Kijani widząc co się dzieje, aby dodać matce otuchy, polizał ją po pyszczku, zlizując ciepłe łzy. Raisa zanurzyła palce w jego rozczochranej grzywie i przycisnęła swoje czoło do czoła syna. Był taki podobny do jej kochanego Dahali. Z charakteru niepodobny, mimo, iż z wyglądu identyczny.
-Panie!-ryk szamana słychać było na samych krańcach królestwa. Był to biały, lew z białą także grzywą i masą malunków i tatuaży na ciele. Jego złote, mętne oczy błyszczały z emocji.
-Co? Co z Diwali? Co z moim dzieckiem?-krzyknął Kijani, wyrywając się z matczynych objęć i podbiegając do białego lwa i domagając się wyjaśnień.
-Ona...-zaczął Fenrisulf i delikatnie przygryzł wargę. Popatrzył ze smutkiem na Kijaniego, który zrobił się blady, jak papier i popędził do groty.
To, co ujrzał, sprawiło, że miał ochotę odebrać sobie życie.
Leżała tam.
Cała we krwi.
Jego ukochana partnerka. Diwali. Rozciągnięta bez życia na kamiennej posadzce. Król podbiegł do ciała i popatrzył smutno w jej niegdyś piękne, rubinowe oczy, teraz świecące pustką.
-Tak mi przykro synu...-powidziała Raisa i niepewnie podeszła do lwa.-Ale...masz potomka...
-Co mi po potomku, jeżeli ona go nigdy nie zobaczy?-warknął lew, wściekle ocierając łzy.-Co mi po kociakach, których razem nie wychowamy?
-Dość!-powiedziała stanowczo lwica.-Masz syna i córkę, którzy cię potrzebuja! A ona zawsze z nami będzie. Zawsze.
Król popatrzył smutno na matkę i skinął głową na Fenrisulfa każąc przynieść kociaki. Nie umknęło niczyjej uwadze, że biały lew lekko się zawahał. Tylko przez krótki moment.
-Pokaż mi moje dzieci...-sarknął Kijani i podążył za szamanem. W pierwszej kolejności król obejrzał córkę. Miała karmelowe futro, różowy, złoziemczy nos i czarne oczka. Identyczna, jak matka. Tylko oczy miała inne. Kiedy beżowy lew wreszcie ujrzał syna, jego oczy rozszerzyły się ze zgrozy, a przez ciało przeszedł niekontrolowany dreszcz.
Kociak był czarny.
Cały czarny, jak smoła.
Oczy miał po matce. Ten sam, krwistoczerwony blaski. A futerko miał czarne.
-Fenrisulf, czemu on jest ciemny?-wycedził król, a po jego policzkach spłynęły łzy.-Po kim on ma tą sierść?
Szaman cofnął się lekko, jakby obawiał się ciosu. Przełknął ślinę.
-On...nikt nie miał czarnej sierści, panie. Ani z twojej szlachetnej rodziny, ani królowej Diwali...
-To nie jest moje dziecko...-warknął Kijani, a jego głos stracił wszystko z ojcowskich uczuć.
-To nie tak...
-Tak! Nikt nie miał takiego futra!-ryknął Kijani.
-Synu!-warknęła Raisa, mrużąc groźnie oczy.-Jaka jest ich przyszłość? Jakie mają nosić imiona?
-Przodkowie nadali mu imię Miyale, a lwicy Shane...-westchnął szaman.-Przyszłość ich jest burzliwa.
-Jaka konkretnie?-zapytał król. Fenrisulf dał znak gestem by weszli z nim do zagajnika. Ciernie idealnie zasłaniały tu światło, powodując, że niewielka sadzawka z prawej strony świeciła niebieskim blaskiem, który odbijał się refleksami na grubych gałęziach roślin. Centralnie na środku była skała, a na niej malunki królów z przeszłości. Wszyscy usiedli w kręgu, a oczy szmana zrobiły się mlecznobiałe.
-Dostojna królowa, w świetle chwały Uhaini,
dokona wyroku, pamiętana, gdy jej czas minie.
Lecz gdy gwiazdy rozbłysną Konstelacją Uranu Ciemnego,
Musi zabić jedynego przyjaciela, ciemną duszą opętanego.
Po grzbiecie Kijaniego przeszedł niekontrolowany dreszcz, ale nie dał po sobie poznać, że coś jest nie tak, jak być powinno. Doskonale wiedział, że robi dobrą minę do złej gry.
-Dobrze więc...a syn...co z nim?-spytał po chwili i wpatrzył się uważnie w mlecznobiałe oczy Fenrisulfa, jakby chcąc odgadnąć z nich, co za chwilę powie. Jednak nie zobaczył w nich nic.
-Niedobrze osądzony, niesprawiedliwie wygnany
Morderca, więzienia nie zamkną go ściany.
Gdy kreatura z rodzona z mroku, nocy, topora, da znak,
Lew z czeluści piekła uwolni...potwora.
Słowa Fenrisulfa były tym straszniejsze, ponieważ mówiąc to namalował postać czarnego lwa z krwistymi oczami, obok zamazanego rysunku beżowego lwa, z czarną grzywą i jasnozielonymi oczami.
Z czeluści piekła...
Uwolni...
Potwora...
Szaleńca.
***
Siemano, wszystkim, którzy tu zalukali!
Więc, tak...rozpoczynamy nową erę. Akcja dzieje się równolegle do panowania na Lwiej Ziemi dziadka Mohatu, Jiwe. Możliwe, że kiedyś Miyale tam zawędruje, kto wie?
Miyale- w tłumaczeniu na polski znaczy moja jasna gwiazdo
Shane- znaczy mniej więcej co przyszłość, bądź wybrana
Konstelacja Czarnego Uranu- układ gwiazd, w którym trzy najjaśniejsze gwiazdy Zachodu, Ehwaz, Mirne i Hilai układają się w podobną trasę do układu Trzech Króli.
No, na razie to tyle...
Pozdrawiam~Goldbox
Subskrybuj:
Posty (Atom)